Michael Herr, „Depesze”

Przedziwna książka. Literacko ocierająca się o wybitność, tematycznie kontrowersyjna. Szczególnie dziś, czterdzieści lat po pierwszym, oryginalnym, wydaniu.

Michael Herr był korespondentem wojennym w Wietnamie w latach 1967-1969 i “Depesze” są o dekadę późniejszym przetworzeniem tego, co wtedy widział i zdołał zanotować, czasem nawet opublikować. Jednak dopiero książka, opublikowana w 1977 roku, jest uznawana nie tylko za jego opus magnum, ale i w ogóle za jedną z najważniejszych pozycji o Wietnamie. Coś w tym jest, bo muszę przyznać – w czasie czytania kilkakrotnie zastanawiałem się, na ile Herr narzucił, przede wszystkim swoim rodakom, obraz tej wojny. Nie tylko jako pisarz, ale także jako współscenarzysta “Czasu Apokalipsy” Coppoli i “Full Metal Jacket” Kubricka.

W ujęcia Herra wojna w Wietnamie jest oczywiście absurdem. Jej szeregowi uczestnicy zostali przez wyższe szarże i cywilnych decydentów nieledwie zdradzeni. Tkwią w okopach w dżungli, giną pod ostrzałem artyleryjskim lub od kul snajperów, latają każdym rodzajem helikopterów z jednego bezimiennego wzgórza na drugie. Ta wojna nie tylko nie ma celu strategicznego, ale jest wręcz ciągiem taktycznych pomyłek. Na pierwszej linii biali chłopcy z Kentucky i czarni z Detroit, bezpośrednio dowodzeni przez niewiele starszych weteranów West Point, wykonują rozkazy stworzone przez genialnych planistów w sztabach na zapleczu. W koszarach Jimmy Hendrix jest już bogiem, do wojskowych rozgłośni nie ma wstępu. Zwycięstwo jest tuż za horyzontem.

Problemem jest brak Wietnamczyków w historiach i opowieściach relacjonowanych przez Herra. No, pojawiają się, ale są albo statystyką na polu bitwy (na zasadzie: zginęło iluś tam naszych, większa liczba żołnierzy Południowego Wietnamu i niepoliczalna masa Charliech, czyli  partyzantów Vietcongu/żołnierzy Wietnamskiej Armii Ludowej) albo dostarczają amerykańskim żołnierzom – oraz korespondentom – rozrywek. Od towarów z czarnego rynku, przez różne używki (z królującą marychą), po seks. Autor poświęca kilka akapitów Degarom, jako egzotycznej ciekawostce pośród innych Wietnamczyków, ale tak ogólnie zamieszkujący ten kraj ludzie są tłem równie nieprzeniknionym jak przyroda, choć może nawet mniej istotnym? W latach 60. takie skupienie się na walczących żołnierzach mogło mieć sens, jest w jakimś stopniu wytłumaczalne w latach 70., ale dziś budzi wątpliwości. Oczywiście można przyjąć interpretację łaskawszą: to środek stylistyczny mający czytelnikowi unaocznić pychę Zachodu, tym wyraźniejszą, że nie zawsze świadomą.

W tym miejscu pojawia się druga wątpliwość – pewnie nie da się dobrze, w rozumieniu: adekwatnie, opisać wojny, nawet będąc jej świadkiem czy uczestnikiem. Herr w jakimś stopniu jest tym i tym, i nie do końca potrafi rozgraniczyć te role. Co ważniejsze, nie sposób “Depesz” nazwać reportażem, czy zbiorem reportaży, bo książka jest w równym stopniu powieścią. I to pod pewnymi względami wybitną, naprawdę. Nie sposób wybuchnąć śmiechem przy niektórych rozmowach żołnierzy, opisy przeróżnych stanów autora, wywołanych przez wspomagacze albo i nie, są znakomite. Ma Herr doskonałe oko do drobiazgów, szczegółów pola walki, ale i tych bardziej “cywilnych”. Czy nie jest to jednak konwencja zbyt osobista, autotematyczna? Z drugiej strony mocno nasycona symbolami lat 60., o dużej sile popkulturowego rażenia.

Nie dam tym razem oceny. Gdybym miał oceniać jedynie walory językowe, byłaby może i 9. Ale sposób ujęcia tematu momentami wydaje się nazbyt powierzchowny, a zarazem aż nadmiernie błyskotliwy jak na wagę opisywanych wydarzeń. Ale  nie zdziwię się jak “Depesze” wylądują ostatecznie w moim podsumowaniu roku. Mam kilka spraw do przemyślenia.

Adam, @naTTjuzbylo

Michael Herr, Depesze, wydawnictwo Karakter