ok 3 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuNatasza Goerke, „Tam”

Na przełomie tysiącleci bardzo lubiłem podczytywać sobie Nataszę Goerke, choć z ręką na sercu – połowy jej mikrotekstów, bo specjalizowała się wówczas w gatunku nazywanym przez krytykę mikroprozą, kompletnie nie rozumiałem. Kafka, Walser (oczywiście Robert), nawiązania do francuskich eksperymentatorów – czytałem w recenzjach, kiwałem pokornie głową i udawałem, że wiem o co chodzi. Bywa i tak w literackich wojażach, że pozostaje robić dobrą minę do nie najlepszej gry i ruszać dalej. Bardzo za to lubię, już bez żadnych podtekstów, zbiorek „47 na odlew”, którego tytułowa minipowieść (całe 50 stron!) miała z kolei nawiązywać do twórczości Thomasa Pynchona – wtedy wydawanego w Polsce oszczędnie, choć już chyba z „Tęczą grawitacji” na koncie – ale dla mnie był to pastisz „męskiej” prozy autobiograficznej, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości debiutantów. Pastisz bardzo udany, choć ta książeczka do dziś zbiera raczej słabe oceny.

Potem nasza znajomość mocno się ochłodziła. Powiedzieć, że nie śledziłem drogi twórczej Goerke, to mało, ja kompletnie o takiej pisarce zapomniałem! Na szczęście przypomniało mi o niej Czarne, które obecnie zmienia się w wydawniczego potwora, nadal jednak potrafi od czasu do czasu zaskoczyć pozycją niebanalną, niemieszczącą się w żadnej z coraz liczniejszych serii wydawniczych sygnowanych charakterystycznym półksiężycem. Dokładnie tak jest z „Tam”, które z okładkowej rozpiski nadawałoby się przecież do serii reporterskiej, tuż obok Góreckiego albo Hugo-Badera (by pozostać tylko przy Polakach),  jednak została wydana poza jakąkolwiek serią.

Co tylko przez kilka pierwszych stron budzi zastanowienie, bo Goerke przez cały czas pozostaje pisarką, dopiero w drugim rzędzie jest wnikliwą obserwatorką nepalskiej rzeczywistości. Oczywiście pojawiają się fragmenty mocniej reporterskie, ale nawet wówczas mamy do czynienia tyleż z faktami, co z literacką konwencją. Choćby taki rozdział o strukturze i historii nepalskiej władzy nieodmiennie kojarzy się z „Cesarzem” Kapuścińskiego, jednak absolutnie nie ma na celu tworzenia dzieła uniwersalnego, ironia po prostu podkreśla niektóre meandry wielkiej i mniejszej historii. Teksty o tragicznym trzęsieniu ziemi nie dotrzymują pewnie, warsztatowo, zasad reporterskiej obiektywności, ale jak domagać się jej od – okresowej co prawda – mieszkanki Nepalu?

Jedna z najprzyjemniejszych książek kończącego się roku. Literacko duża klasa. Click To TweetTakich gatunkowych mieszanek znajdzie się tu więcej. Pojawiają się autobiograficzne wspomnienia z lat 80. zeszłego wieku, tyleż nostalgiczne, co złośliwe wtręty o złotej erze polskiego himalaizmu, groteskowe opisy biznesu turystycznego na wysokości 3 000 metrów. Obok znajdziemy już poważniejsze (mikro, renoma zobowiązuje) dygresje o biedzie i jej strukturze, różnicach między Wschodem i Zachodem, nawet o pewnej naiwności różnych kultur konfrontowanych ze sobą. Co nie zawsze kończy się dobrze. Wszystko to na zaledwie 150 stronach. Nie dziwi więc, że czytelnicy poszukujący rzetelnej, wszechstronnej wiedzy o nieznanym sobie kraju mogą się poczuć rozczarowani. Dla mnie to jednak jedna z najprzyjemniejszych książek kończącego się roku. Literacko duża klasa.

Natasza Goerke, Tam, Wydawnictwo Czarne

Adam, @naTTjuzbylo

Oceń ten wpis!