ok 5 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuPaweł Brykczyński, „Gotowi na przemoc”

Książką Pawła Brykczyńskiego, pracownika Uniwersytetu Michigan, zainteresowałem się już po samym podtytule. Obserwując wzrost nastrojów ksenofobicznych i antysemickich we współczesnej Polsce, pracę Brykczyńskiego chciałem traktować, jako naukę naszych dziadków dla nas.

Pierwszą rzeczą, o której musicie wiedzieć jest to, że książka Brykczyńskiego nie jest historią polskiego dwudziestolecia międzywojennego. Te 250 stron opisują niemalże sam przełom 1922 i 1923 roku. Tzw. wydarzenia grudniowe służą autorowi do analizy krótko- i długoterminowych konsekwencji zdarzeń oraz ich znaczenia dla odradzającej się po latach niewoli Polski.

Wybory w 1922 roku były pierwszymi w historii Polski wyborami prezydenckimi. Nie były to jednak wybory bezpośrednie, to nie obywatele decydowali, kto zostanie pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej. Decyzję o wyborze prezydenta miało podjąć Zgromadzenie Narodowe na posiedzeniu zwołanym dziewiątego grudnia. Zgłoszonych zostało pięciu kandydatów: Alfabetycznie byli to:

  • Jan Baudouin de Courtenay, kandydat mniejszości narodowych,
  • Ignacy Daszyński, wysunięty przez PPS,
  • Gabriel Narutowicz, popierany przez PSL „Wyzwolenie”,
  • Stanisław Wojciechowski, kandydat PSL „Piast” oraz
  • Maurycy Zamoyski, popierany przez kilka partii prawicowych.

Głosowania miały być powtarzane dopóty, dopóki jeden z kandydatów nie otrzyma bezwzględnej większości głosów. Ponieważ w pierwszym głosowaniu nie udało się to żadnemu z kandydatów, głosowanie zostało powtórzone, w następstwie którego kandydat z najmniejszą ilością głosów miał odpaść z rywalizacji. Po drugim głosowaniu odpadł Ignacy Daszyński, którego PPS swoje głosy „przekazała” Wojciechowskiemu. Mniejszości narodowe wsparły Narutowicza, w trzecim głosowaniu odpadł więc Jan Baudouin de Courtenay. W kolejnym głosowaniu odpadł Wojciechowski, tym samym decydujący wybór odbywał się między prawicowym Maurycym Zamoyskim a kandydatem PSL „Wyzwolenie” – Gabrielem Narutowiczem.

Kto wie, jak potoczyłaby się historia, gdyby kandydat prawicy nie był największym posiadaczem ziemskim w Polsce, na dodatek hrabią? Nader niewygodny kandydat dla chłopskiego „Piasta”. Partia, wbrew namowom Witosa wsparła Gabriela Narutowicza, który wygrał z Zamoyskim różnicą ok. 60 głosów.

Jeszcze 9 grudnia na ulice stolicy wyszli zwolennicy prawicy. Miasto ogarnęły krwawe zamieszki, wśród poszkodowanych znaleźli się m.in. posłowie. Nie inaczej było dwa dni później, jedenastego grudnia, gdy Gabriel Narutowicz w asyście rozwścieczonego tłumu jechał do Sejmu na ceremonię zaprzysiężenia. Bierność policji o mało nie doprowadziła do tragedii, gdy na powóz prezydenta elektra wdrapał się młodzieniec z laską zwieńczoną żelazną gałką.

Prasa prawicowa również stosowała retorykę narodowej zdrady (no naprawdę, skąd my to znamy?). Po kilku dniach, gdy atmosfera ulicy wracała do normy, a Narutowicz przejął formalnie władzę z rąk Piłsudskiego, prezydent spieszył do galerii Zachęta, gdzie uroczyście otworzyć miał doroczną wystawę. Tam, kilka minut po godzinie dwunastej zbliżał się do niego malarz związany ideowo z prawicą, Eligiusz Niewiadomski, po czym trzykrotnie wystrzelił z pistoletu w plecy Narutowicza. W ciągu kilkunastu minut pierwszy prezydent odrodzonej Polski zmarł.

Zabójstwo prezydenta stanowiło swego rodzaju memento dla prawicy. Endecja energicznie dystansowała się od zamachowca. Na całej klasie politycznej ów czyn spowodował wstrząs. Dzień po zamachu Stanisław Stroński, poseł endecji, publicysta i właściciel dziennika Rzeczpospolita pisał w tejże, że

społeczeństwo bez względu na przekonania i takie, czy inne poglądy o działalności politycznej zamordowanego widzi w nim obywatela, który padł na pierwszym posterunku państwowym.

Rzecz tym bardziej godna pochwały, że ów Stroński bezpośrednio po wyborze prezydenta nie szczędził mu razów, określając Narutowicza mianem żydowskiego prezydenta. Prawicowa prasa, która przez cały tydzień poprzedzający zamach podburzała obywateli i podgrzewała nastroje ulicy, po zabójstwie dystansowała się od zamachowca i samego czynu. Nawet Gazeta Warszawska (przy której dzisiejsza wersja tejże mogłaby uchodzić za umiarkowaną prasę inteligencką) ogłosiła, że społeczeństwo jest dogłębnie wstrząśnięte wydarzeniami.

Musimy się jednak pilnować przed myślami o happyendzie. Jak pisze Brykczyński,

przemiana Niewiadomskiego z „szaleńca” w nacjonalistycznego bohatera dokonała się w ciągu ledwie paru tygodni.

W istocie rzeczy pierwsze symptomy tej przemiany były widoczne już dwa dni po zabójstwie, gdy Gazeta Warszawska zdjęła z Eligiusza Niewiadomskiego odium szaleńca, pisząc o naturalnym związku przyczynowo-skutkowym między narzuceniem Polakom żydowskiego prezydenta a zamachem. Tym samym zdjęta została cała odpowiedzialność ze sprawcy. Odpowiedzialność ciążyła teraz na mniejszościach narodowych, w szczególności tzw. żydostwie. Już na początku stycznia 1923 roku Gazeta Warszawska zamieniła się w trybunę dla poglądów Eligiusza Niewiadomskiego.

Ironią losu jest, że po śmierci Narutowicza i kolejnych wyborach prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe, nowy prezydent – Stanisław Wojciechowski – został wybrany tym samym układem głosów, co Narutowicz. Prawicowa prasa […] zachował[a] jednak milczenie. Nikt nie nazywał Wojciechowskiego „żydowskim prezydentem”, a na ulicach nie odbywały się wymierzone w niego demonstracje.  Wbrew upraszczającym interpretacjom, nie oznacza to, że prawica przegrała wojnę symboliczną. Doktryna tzw. polskiej większości skutkowała rugowaniem mniejszości narodowych z polityki, nawet partie lewicowe odżegnywały się od współpracy z mniejszościami.

Eligiusz Niewiadomski został skazany na śmierć. Wyrok wykonano. Trzydziestego stycznia 1923 roku w Gazecie Warszawskiej ukazał się artykuł Zygmunta Wasilewskiego, działacza endecji, redaktora naczelnego Gazety Warszawskiej, a w przyszłości senatora. W artykule pod tytułem „Ś.p. Eligiusz Niewiadomski” czytamy:

Dziecko polskie, które za sto lat czytać będzie te słowa, z trudem pojmie prawdę historyczną, że człowiek tych poglądów, uczuć i cech charakteru został stracony we własnej ojczyźnie, z wolą jej państwa i jego własną.

Niebezpiecznie blisko jesteśmy owej setnej rocznicy. I niebezpiecznie blisko spełnienia tej przepowiedni.

Filip, @smotnyclown

Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w przedwojennej Polsce, wydawnictwo Krytyki Politycznej

Oceń ten wpis!