Paweł Smoleński, „Wnuki Jozuego”

We Wnukach Jozuego Paweł Smoleński znów snuje swoją opowieść o Izraelu i Palestynie. Tym razem pokazuje nam świat żydowskich osadników, którzy czytając Biblię „niczym doniesienia agencji prasowych, wpisy z Facebooka lub z Twittera, aktualne, gorące i świeże” budują swój świat, nie patrząc na ten rozpościerający się dookoła.

Osiedla wprost z reklamy

Poprzedni reportaż dotyczący bezpośrednio stosunków pomiędzy Żydami i Palestyńczykami  – świetne Oczy zasypane piaskiem – Smoleński poświęcił przede wszystkim Palestyńczykom i ich walce o własną godność i wolność w Państwie Izrael. Warto też poznać inne jego reportaże dotyczące tego zagadnienia, jak chociażby Wieje Szarkija, opowiadający o Beduinach zamieszkujących izraelskie pustynie.  Po trzech latach od Oczu zasypanych piaskiem otrzymujemy książkę, która pokazuje nam niejako lustrzane odbicie tamtego tematu. Nie ma bezpośrednich opisów niedoli Palestyńczyków, jest opis osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Terenów niegdyś arabskich, a od kilkudziesięciu lat zajętych przez Izrael. Dziś mniej lub bardziej realnie rządzonych lub współrządzonych także przez Autonomię Palestyńską. Osiedli na pierwszy rzut oka jakby wyjętych z folderów reklamowych. Cichych i spokojnych. Zasiedlonych przez ludzi takich jak Efraim i Saul, dla których

osiedla na Zachodnim Brzegu to po prostu miasteczka z historią osadzoną w dziejach sprzed tysiącleci. Skoro tak – obaj nie mogą być osadnikami, ale są dziedzicami, kontynuatorami tego, co kiedyś.

Biblijne uzasadnienie

I tak bardzo szybko dochodzimy do sedna sprawy (lub problemu – zależnie od której strony na to spojrzeć). Czytanie Biblii jak gorących doniesień agencji prasowych może wywołać zawrót głowy, gdy religijny czytelnik zorientuje się, że Bóg pozwolił Jozuemu, następcy Mojżesza, objąć we władanie wielkie obszary tego, co nazywamy dziś Bliskim Wschodem, a co rozciąga się chociażby od egipskiego dziś Synaju do irackich ziem nad Eufratem. W religijnej narracji mamy więc do czynienia z wielowiekową kontynuacją żydowskiego osadnictwa na terytoriach Państwa Izrael, Erec Israel. Klęski zadawane z rąk Rzymian, Babilończyków i rozproszenie Żydów po świecie nie stanowią żadnej przeszkody, a wręcz przeciwnie – wzmacniają legendę i przekonanie o władzy nad nadaną przez Boga krainą. Jak mówi Jehuda, jeden z krytyków osadnictwa:

Kilkanaście wersów z Biblii, parę sztychów łopatą, aż odsłoni się zarys dawnych ruin, i już jesteśmy u siebie. Hucpa połączona z historią.

Powrót na dawne tereny?

Historii Żydów i Izraela starczyłoby zresztą spokojnie na obdzielenie kilku nacji. I to chociażby tylko tej najnowszej, dość zgodnie określanej jako cud, a w zasadzie całe ich pasmo – od zwycięstwa nad przeważającymi siłami arabskimi w wojnie o niepodległość w 1948 r., aż do ratunku przed klęską wojny Yom Kipur w 1973 r. Pomiędzy zaś Wojna Sześciodniowa z 1967 r. i początek wszystkiego, o czym pisze Smoleński – błyskotliwe zwycięstwo nad Egiptem, Syrią i Jordanią, pozwalające zająć Synaj, Wzgórza Golan i – co najważniejsze dla naszej opowieści – Zachodni Brzeg wraz ze wschodnią Jerozolimą.

Żydzi, dzięki zwycięstwom, zaczęli napływać na tereny zamieszkałe przez Arabów, którzy już drugi raz – po Nakbie, jak nazywają tragiczne wysiedlenia po wojnie z 1948 r. – zmuszeni są do ucieczki lub życia pod okupacją. Upojeni wojennym zwycięstwem Żydzi nie mówią o okupacji, mówią o powrocie na swoje dawne ziemie. Smoleński opisując dzisiejszy Hebron, miasto święte tak Żydów, jak i Muzułmanów oraz Chrześcijan, wskazuje, że po 1967 r.

Oni – co najwyżej – tu powrócili. Ich serca nigdy z Hebronu nie wyjechały. Jeśli ktoś powie, że Żydzi powrócili do Hebronu po wojnie sześciodniowej, zakłamie historię albo skupi się na niedawnym, krótkim epizodzie, akurat pod brytyjskim panowaniem. Żydzi bowiem mieszkali w mieście od czasów Abrahama i nic tego faktu nie zmieni, nawet wielkie, długotrwałe wygnanie z Palestyny niemal całego narodu po zburzeniu Drugiej Świątyni i po przegranej wojnie z legionami cesarza Tytusa.

Metoda faktów dokonanych

Zaczyna się więc proces powolnego wrastania osiedli na terytoriach okupowanych w przestrzeń i codzienne życie Izraela i Palestyny. Większość reportażu Smoleńskiego można w zasadzie uznać za opis modelowego przykładu działania metodą faktów dokonanych. Osiedla są budowane, oprotestowywane przez Palestyńczyków. Trwają spory, zarówno uliczne, jak i sądowe. Niektóre z nielegalnych osiedli są przez sam Izrael burzone (przy wtórze żydowskich ortodoksów złorzeczących, iż ich własne państwo jest gorsze od Hitlera, SS i wszystkiego, co dla każdego Żyda pozostaje złem wcielonym Holokaustu), lecz rzeczywistość bezpowrotnie się zmienia. Tysiące Żydów prowadzi życie za murem osiedli na palestyńskiej ziemi. Jak wskazuje przywołany już Jehuda:

[Osiedla] to nie wykluty przed pół wiekiem pomysł nawiedzonych, który wymknął się spod kontroli. To precyzyjny, znakomicie dopracowany plan, za którym stali najsilniejsi ludzie i najważniejsze izraelskie instytucje. Nie będzie inaczej, mimo że spierali się ze sobą, kłócili, rzucali kłody pod nogi, raz chcieli budować osiedla, innym razem bojkotowali osadników, a nawet wyrzucali ich ze świeżo ustawionych baraków.– Chcieliśmy i chcemy oswoić i usprawiedliwić okupację – mówi Jehuda. – Najlepiej wychodzi to w bezpośrednim działaniu, wedle starej syjonistycznej taktyki sprzed powstania Izraela: kupmy jeszcze jeden gaj pomarańczowy, zaorajmy jeszcze jeden dunam pola, postawmy jeszcze jeden dom. Kiedyś było to oczywiste i usprawiedliwione, bo bez ziemi nie byłoby żydowskiego państwa. Dzisiaj to czysty, nachalny zabór.

Koncepcja odporna na krytykę

Dla osadników, jak i popierających ich polityków i grup społeczeństwa sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej. Oto bowiem bogobojni Żydzi przybywają z całego świata, by posiąść ziemię daną im już w Biblii przez Boga. Ich niewzruszona postawa, walka by uczynić znośnym życie na pustynnej w zasadzie ziemi, budzą podziw. Ich tradycyjny, wielodzietny model rodziny zaś stanowi dla wielu jedyną nadzieję na odparcie demograficznej przewagi Arabów. Palestyńczycy mogą sobie – w opinii osadników – najwyżej korzystać z dobrodziejstwa życia w jednym z najprężniej rozwijających się krajów świata i powinni pamiętać, że w Erec Israel są gośćmi, a gościa można zawsze wyprosić.

Mamy więc do czynienia ze zjawiskiem, które dla zewnętrznego obserwatora trudno jest obronić ze względów formalnych i moralnych. Osadnicy powszechnie jednak pogardzają światową opinią publiczną – złorzeczącą na krzywdę Palestyny i posuwającą się, o zgrozo, do oskarżania Izraela o czystki etniczne. Wyśmiewane są akcje bojkotu izraelskich towarów, bo przecież negatywne skutki takich akcji odbijają się na Arabach, którzy tracą pracę w izraelskich firmach i plantacjach dotkniętych bojkotem. Bardzo rzadko więc spotyka się negatywne odczucia osadnika, gdy 

widzi marnie ubranych Arabów, jak wyciągają wymięte przepustki (wtedy wyglądają jak zbite psy, które wiedzą, że zależą od pańskiej łaski), nie jest mu przyjemnie. Wpychający się w oczy widok biedy i upokorzenia jest zawsze szczególną zemstą gorszych nad lepszymi. To w końcu granica dwóch światów.

Margines marginesu

Tak samo krytykowani są „telawiwscy mądrale”, czyli liberalne – jak na warunki Izraela – środowiska społeczne i kulturalne mówiące podobnym jak tenże świat głosem. Doskonale i poetycko oddaje to popularny także w Polsce pisarz Edgar Keret, gdy o sobie i jemu podobnych krytykach osadnictwa mówi, że 

jesteśmy na marginesie marginesu, nie rozmawia się z nami, nie polemizuje. Ludzie chcący porozumienia z Palestyńczykami, ucieczki z tej narodowo-religijnej matni, protestujący przeciwko brutalnym akcjom wojska, tkwią w przezroczystej, szklanej bańce. Wszystko widzą, wszystko słyszą, mogą nawet gardłować, ale głos się nie wydobywa przez szkło, a tłum mija ich bańkę obojętnie. Czasem zajrzy do środka, odwróci się i wzrusza obojętnie ramionami: a co to nas, do jasnej cholery, obchodzi?

Niebezpieczny nacjonalizm?

Proste kalki i analogie to często najkrótsza droga do błędnej oceny rzeczywistości, więc trzeba uważać na nasuwające się myśli, że osadnicy są tym, czym u nas konserwatywna, narodowa i ogólnie bogoojczyźniana prawica. Nie da się jednak ukryć, że jest wiele punktów wspólnych w ocenie sytuacji na świecie i przełożenia jej na poczucie narodowej dumy – tak nad Wisłą, jak i nad Jordanem. Przyznać muszę, że lektura „Wnuków Jozuego” dostarcza wiele materiału do przemyśleń akurat dziś, gdy zewsząd słychać – podszyty mniej lub bardziej skrywanym antysemityzmem – chór głosów mówiących o polakożerczej opinii światowej. Smoleński pokazuje zaś drugą stronę tego lustra, czyli ludzi którzy swoje przybycie na ziemie palestyńskie uzasadniają także tym, że

Izrael to nasz jedyny dom, solidniejszy niż Francja, Niemcy, Szwecja, nawet Ameryka. Samo jego istnienie jest jak koło ratunkowe. Antysemityzm był od zawsze i nigdy nie zniknie. To od wieków DNA świata, fundament cywilizacji. Nie pytaj mnie, dlaczego tak jest. W Niemczech, tak, nawet w Niemczech, które już pokazały, do czego są zdolne, można dostać po głowie za chodzenie w kipie. Podobno biją nie Niemcy, tylko muzułmanie, ale czy oni nie mają niemieckich paszportów? A jeśli biją Niemcy, to tylko ci propalestyńscy albo neonaziści? A co mnie to obchodzi, jaka to różnica dla Żydów? Powtórzę: na świecie jest nas kilka promili. Nic od nas nie zależy. Tak naprawdę mamy tylko Erec Israel. Czy to dla was za dużo?

Syndrom oblężonej twierdzy

Ludzi tych nie uwiera świadomość, że mieszkają oddzieleni murem i drucianymi siatkami od swoich sąsiadów. Wzajemna wrogość napędzana strachem nie może zostać przełamana. Swoisty syndrom oblężonej twierdzy wymieszany z poczuciem skrywanego żalu, że żydowska ojczyzna mogłaby zawsze zrobić dla osadników więcej, nakręca spiralę strachu i przemocy. Smoleński pokazuje to choćby na przykładzie radykalnego działacza Meira Eingera – dzisiejszego „natchnienia radykałów następnych generacji”. Poruszający jest opis, jak wymarłym do dziś miastem uczynił Hebron jeden człowiek – izraelski osadnik Baruch Goldstein, który w 1994 r. wtargnął do meczetu w muzułmańskiej części tzw. grobu patriarchów i zabił 29 modlących się Arabów. Tajne służby Izraela od dłuższego czasu

najbardziej boją się żydowskiego radykalizmu […]. Lęk budzi rodzima, narodowo-religijna konspiracja, mężczyźni z osiedli skrzykujący się w podziemną organizację. Arabski, narodowy i islamistyczny terroryzm jest znakomicie przepatrzony i zinfiltrowany. Palestyńskie zamachy ujawniają tylko szczeliny w niemal doskonałym systemie bezpieczeństwa, ale nie wywracają go do góry nogami. Radykalizm żydowski jest groźniejszy, bo swój, więc dlatego nigdy nie wiadomo, jak i gdzie się ujawni.

Bez szans na trwały pokój

Mamy więc do czynienia ze swoistym chocholim tańcem, w którym strona dominująca nie ma ani woli, ani ochoty podania ręki słabszemu. Żywe pozostaje wspomnienie rozmów pokojowych z Oslo w 1993 r. i stworzenia Autonomii Palestyńskiej, lecz nie jest to wspomnienie dobre.

 

Tylko najwięksi orędownicy pokoju po obu stronach odwołują się do dziedzictwa Oslo. Wśród osadników dominuje zaś negatywna ocena tego porozumienia. Bowiem chciano rozmawiać z terrorystami, którzy nigdy tak naprawdę nie pragnęli zawrzeć pokoju:

pokój okazał się za trudny. Łatwiej utrzymać status quo. Są na to metody sprawdzone przez dziesięciolecia, nieprzyjemne, lecz skuteczne.

Kolejne pokolenia żydowskich osadników i palestyńskich – formalnie przynajmniej – gospodarzy Zachodniego Brzegu wrastają w zastaną sytuację, bo

Upływ czasu też robi swoje. Okupacja Zachodniego Brzegu trwa pół wieku, a rówieśnicy wojny sześciodniowej mają dziś wnuki. Ponad trzy czwarte Izraelczyków nie pamięta swojego kraju sprzed tamtego cudownego triumfu. Dlatego granice sprzed wojny nie są ich granicami, tylko wyblakłymi kreskami na mapie, a tamto życie, siermiężne i skromne, nie jest ich życiem. Za to okupacja […], to codzienność. Nigdy nie doświadczyli niczego innego. Stąd bierze się niewiarygodna wręcz ignorancja, trapiąca również izraelskie elity.

Smutna rzeczywistość

Status quo oznacza zaś to wszystko, co Smoleński opisał w Oczach zasypanych piaskiem. Systematyczne, mniej lub bardziej legalne wypychanie Palestyńczyków z ich ziem. Zabór pól poprzecinanych eksterytorialnymi drogami, zagarnianie źródeł wody do podlewania trawników w żydowskich osiedlach, przez co wysychają gaje oliwne. Determinacja osadników, wsparta biurokracją, która (i tu pewien smaczek pokazujący, skąd do tworzącego się Izraela napłynęło najwięcej Żydów)

przeszkadza ludziom jak wszędzie na świecie, a nawet jeszcze gorzej, bo tu ciągle – chcesz czy nie chcesz – wisi w powietrzu kurz z zarękawków dziewiętnastowiecznej Galicji i zapach potu urzędasów od zdziadziałego cesarza Franza Josefa albo od carskich czynowników, dla których papier jest zawsze ważniejszy od rozsądku.

Wszystko to uzupełnione wszechobecnością armii, demoralizującej się jak każde wojsko używane przeciwko cywilom, zamiast na polach bitewnych.

Widok z drugiej strony muru

Smoleński fragment poświęca Rajy Shehadehowi – palestyńskiemu pisarzowi i prawnikowi, zajadłemu przeciwnikowi Izraela. Już w Oczach zasypanych piaskiem przywołano rozmowę ich obu, z której jasno wynikało, jak wiele ich dzieli w podejściu do Izraela i Palestyny. Smoleński docenia działania i talent pisarski Shehadeha, jednak jego krytyka Izraela wydaje mu się zbyt ostra. W tym miejscu trudno mi się ze Smoleńskim zgodzić. Może dlatego, że przeczytałem trzy książki Shehadeha wydane po polsku: Dziennik czasu okupacji, Obcy w domuPalestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie1Wszystkie trzy książki Rajy Sehadeha ukazały się nakładem Wydawnictwa Karakter, https://www.karakter.pl/autorzy/raja-shehadeh .

Szczególnie Obcy w domu – historia ojca autora i jego walki z okupacją izraelską już po Nakbie – pozwala nam zrozumieć dlaczego Raja potrafi dać upust swojej frustracji także w pozornie błahej sprawie, np. gdy recepcjonistka z gabinetu dentystycznego odzywa się do niego po hebrajsku. Nie potrafię jednak dziwić się zachowaniu człowieka, który z bliska widział bezradność i upadek własnego ojca. Któremu okupant zburzył autorytet najważniejszej dla dorastającego mężczyzny osoby. 

Wszystkie trzy książki to świetny acz smutny opis beznadziejnej walki o zachowanie swojej ojczyzny. Tak w kwestii praw jej mieszkańców, gdy Shehadeh opisuje powstawanie muru oddzielającego Izrael od Palestyny, jak i przyrody, tłamszonej kolejnymi osiedlami i eksterytorialnymi drogami (Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie).

 

Przyszłość w czarnych barwach

Lektura Wnuków Jozuego nie napawa optymizmem. Nie widać nie tylko gotowych rozwiązań konfliktu, ale choćby perspektyw na ich wypracowanie. Smoleński zresztą tego chyba nawet nie oczekuje. Nie mija mu zachwyt Izraelem, o którym mówił Michałowi Nogasiowi w Radio książki, lecy bagaż wiedzy i doświadczeń z kolejnych podróży zdaje się go przytłaczać. Podając wiele cytatów biblijnych Smoleński próbuje zrozumieć, skąd fenomen traktowania słów sprzed tysiącleci, jako wciąż żywego przewodnika. Zrozumieć, do czego to doprowadziło, choć konkluzja jest niewesoła. Tak jak słowa Akiwy Eldara, pisarza i krytyka osiedli, które bije się w swoje i rodaków piersi mówiąc, że

Gdzieś w głębi duszy porwał nas projekt osiedli. Dokonała się mentalna aneksja Zachodniego Brzegu. To po prostu nasze. Nie widzimy, że osiedla nas zniszczą. A kiedy mówię, że może przesadza, Akiwa odpowiada: – Już wypraliśmy niektóre sytuacje z prawdziwych znaczeń. Znaleźliśmy słowa łagodne i miłe. Nie mówimy „okupacja”, tylko „terytoria administrowane” albo „sporne”. Jest Judea i Samaria, ale nie Palestyna, bo takiego państwa nigdy nie było. O osadnikach opowiadamy tak samo jak o założycielach pierwszych kibuców. Podziwiamy ich, są jak pionierzy […].

Piotr, @P_e_t_ar
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Paweł Smoleński, Wnuki Jozuego, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Spread the love