Krzyczeli za nim: „Niedorobek”. Paweł Sołtys, „Nieradość”

Paweł Sołtys, opisując w wywiadzie prasowym swój stosunek do Dariusza Dziekanowskiego – piłkarskiego idola – powiedział,  że „do legend się nie dzwoni”. Pamiętam dobrze ten wywiad, bo był naprawdę świetny. I dlatego też mam tremę, próbując recenzować książkę kogoś, czyją muzykę, a dziś również prozę, szanuję i wielbię niebywale. 

Pablo zaszczyt tu ma, pokazać Ci, co nam w środku tu gra

Muszę najpierw wyjaśnić, że nie potrafię i nie chcę oddzielić pisarza Pawła Sołtysa od muzyka Pablopavo. Patrzę na nich obu łącznie i tak też odbieram ich/jego twórczość. Gdy przeczytałem świetny pisarski debiut Sołtysa – Mikrotyki, od razu na myśl przyszła mi trochę wcześniejsza jego płyta Tylko. Oba dzieła idealnie ze sobą współgrały w melancholijnym, spokojnym trybie opowiadania o sprawach niełatwych i zbyt rzadko radosnych. 

Podobno powabne są tylko debiuty

Wystarczy przeczytać Nieradość, by od razu zorientować się, jak wiele racji ma autor, zastrzegając wszem i wobec, że nie jest to w żadnej mierze kontynuacja debiutu. Pamiętam, jak Sołtys po napisaniu Mikrotyków wzbraniał się przed nazywaniem go pisarzem. Twierdził, że można używać tego pojęcia dopiero od napisania drugiej książki. Teraz więc, choćby w świetnej rozmowie z Michałem Nogasiem w Radio Książki, z wyczuwalną chyba ulgą, zgadza się na to określenie. Swoje rozterki oddaje zresztą w jednej z “nieradosnych” opowieści, w której opisuje walkę z niedostatkiem angielszczyzny pewnego autora, dziś już czytanego i słuchanego za granicą. 

Tu Pablopavo, dzwonię do ciebie ze snu

Słowa nowej książki opuszczają w większości bliską autorowi Warszawę i wędrują – po kraju i w czasie. Głównie jednak do Niedynka. To niewielkie miasteczko, umiejscowione w czasach świeżo pamiętających jeszcze grozę ostatniej wielkiej wojny, stanowi miejsce akcji większości opowieści. Łatwo jest zanurzyć się w jego lekko nierealnej atmosferze choćby dzięki takim opisom:

Gdy cichną i tak niegłośne wcześniej małe miasteczka, to słychać, jak przekłada się papiery na komisariacie, jak wykręca się numery telefonów w radzie narodowej i komitecie powiatowym, jak w rzece trą o siebie ryby, a z kościoła słychać nawet te szeptane modlitwy, które mają trafić tylko do uszu świętych. Takie było lato w Niedynku.

Niedynek jest niby mały i prosty, lecz tajemnic w nim całe mnóstwo. Ot, choćby ludzie, którzy przybywają z wojennej zawieruchy i pewnego dnia znikają. Takie same są zresztą inne miejsca i tacy są inni ludzie pokazani przez autora. Ulatują z nich tajemnice i dopada proza życia. Już nawet kilkuletni Pawciulek (albo i Pawełek) zna przecież, jak się okazuje, moją ulubioną mądrość z dramatów Ibsena, że nie warto dążyć do prawdy, bo wtedy wcielenie wielkiego amanta kina rozwiewa się jak dym:

Stał chwilę i palił, ale już nie jak Gregory Peck, tylko jak stary, zmęczony dziad, i zrozumiałem, że nie zawsze warto zaglądać za kurtynę, choćby była brudną zasłoną w oknie restauracji Ratuszowa.

Mistrzu, będziesz po prostu uwolniony

Wiele słychać głosów, że Nieradość to opowieść o odchodzeniu, o starzeniu się i nieuchronnym końcu. Nie można odmówić temu słuszności, ale nie zgodzę się, że autor poddał się myśleniu o swoim „wieku męskim, wieku klęski” i że zaczyna już rozliczenia z rzeczywistością. Choć faktycznie poznajemy historie utraty najbliższych, a nawet plany własnego pochówku, na który 

Przyjdzie z pięć osób, garnitur mi się rozedrze od wzdętego ciała, oczy się otworzą na słoje trumny, bo faceci w kostnicy spieprzą robotę, przy opuszczaniu pewnie się zerwie lina, ta ostatnia, i nogę skręci grabarz – młody chłopak na wiecznej bani, bo nowy.

Autor opisuje nam więc życie, po prostu. Z jego niedostatkiem, małymi radościami i innymi niezbędnymi składowymi. Z drugiej jednak strony Sołtys przypomina każdemu choćby, że kiedyś kochaliśmy pierwszy raz, że najważniejsze były kiedyś te lęki,

gdy nie wiesz jak nisko możesz położyć rękę

Miłość najpierw unosi, ale potem głównie wlecze się za ludźmi, przez całe ich trudy żywota. Trudno ją znaleźć, trudno pielęgnować i nie stracić w walce z codziennością. Zaczyna się od fajerwerków i, choćby dosłownie, iskier miłości wcielanej w życie pod Mostem Średnicowym. Nie psują jej nawet krowy o morderczych skłonnościach (wątek niby zabawny, ale jak wszystko u Sołtysa – zbyt poważny, by miał tylko rozśmieszać). Potem – po tych pierwszych fajerwerkach – zaczyna się walka o to, by, na ten przykład, być dobrym mężczyzną i ojcem. By skończyć się znów funeralnym marzeniem, by człowieka pochowano    

elegancko, na ewangelicko-augsburskim, zawsze mi się tam podobało. Będzie Bach i ciepły jesienny dzień, przyjdzie Agnieszka bez Inżyniera i tamtych dzieci, jakby ich nigdy nie było.

Wtedy przynajmniej przestajemy się martwić, że z dawnej chwały pozostały tylko wspomnienia, które przecież 

nie odmłodzą mi ścięgien, nie zaczernią na powrót włosów, choć jakoś utrzymują mnie tamtego we mnie dzisiejszym.

Na mnie elegancko nie czeka nikt

Nie tylko fragmenty dotykające spraw ostatecznych sprawiają, że tytuł Nieradość tak bardzo pasuje do treści książki. Dla mnie ten zbiór opowiadań staje się w pewnym momencie opowieścią o samotności – takiej wewnętrznej, gdy człowiek, mimo pozornych związków z otaczającym światem, jest w nim zupełnie sam, jak w tym najsmutniejszym dla mnie rozdziale, w którym 

W niewielkim nauczycielskim mieszkaniu płacze pan Gerber. Właściwie już skończył. Nie był to chyba wielki płacz, ot, chwila słabości, jaka przydarza się mężczyznom po czterdziestce, kiedy nikt nie widzi albo gdy się ostatecznie poddali.

Gdzieś tam najpierw opuszcza cię rodzina, potem znajomi, a stąd już tylko krok do tego, by stać się samotnym, starym człowiekiem bez oszczędności. Nie daje nam Paweł Sołtys wiele nadziei. W swoisty sposób podpowiada, jak w tym wszystkim być przyzwoitym i rozsądnym, ale nie pozwala do końca uwierzyć, że da nam to gwarancję radości i zadowolenia w życiu. 

Pogadali o sprawach, co ja znam, a ty wiesz

Co jest największą zaletą pisarstwa Sołtysa i jego opowieści? Przecież nie opowiada nam historii, których byśmy nie znali. Nie odkrywa nieznanych światów, każe nam jednak inaczej spojrzeć na rzeczywistość dokoła, znaną, lecz na co dzień ignorowaną. Każdy z nas przecież widział wielu tajemniczych ludzi, takich jak bracia Krzemyki. Któż z nas jednak obdarza ich, stojących pod ścianą sklepu, w autobusie, czy w każdym innym miejscu naszego małego świata, odrobiną uwagi? 

Wiele treści życia nam bezpowrotnie ucieka. Spójrzcie jutro na przystanku, albo tkwiąc w samochodowym korku, na innych ludzi, jak stoją na chodnikach – za każdym z nich czai się opowieść, czekająca na swojego Pawła Sołtysa, który ją pięknie spisze.

Tytuł i wszystkie śródtytuły pochodzą z tekstów piosenek napisanych i wykonywanych przez Pawła „Pablopavo” Sołtysa.

Piotr,@P_e_t_ar
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Paweł Sołtys, Nieradość, Wydawnictwo Czarne, 2019.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi