Péter Nádas, „Pamięć”

Podstawowy problem z klasykami jest oczywiście taki, że starzeją się szybko i z reguły niezbyt ładnie. Prawdopodobieństwo zajścia takiego procesu wzrasta, gdy mamy do czynienia z klasykiem relatywnie młodym, biorąc pod uwagę zarówno wiek autora jak i samej książki. „Pamięć” Pétera Nádasa liczy lekko ponad trzydzieści lat, oryginalnie została wydana w 1986 roku, a węgierski pisarz był wtedy dziarskim czterdziestolatkiem. I jeśli wierzyć okładkowym opisom w ojczyźnie wywołała gorącą dyskusję, w Niemczech (czyli w RFN) zebrała natychmiastowe laury, a sama Susan Sontag uznała ją “najlepszą powieścią naszych czasów”. No po prostu współczesne arcydzieło.

Bardzo przepraszam, jeśli powyższe wprowadzenie zabrzmiało trochę sarkastycznie, ale tak miało być. Cenię serię prozatorską Biura Literackiego, jednak ich opisy prawie zawsze obiecują troszeczkę więcej niż ostatecznie da się znaleźć w treści. W przypadku Nádasa problem jest bardziej skomplikowany, rzekłbym: głębszy. Ciekawsze od tego, co „okładka” mówi jest to, o czym absolutnie nie wspomina. Choćby o tym, że licząca 800 stron drobnego druku powieść na 4/5 swej długości zbudowana jest z jednozdaniowych akapitów, a potrafią one liczyć nawet po pięć stron. Ani słowa nie ma też o tym, że „Pamięć” jest powieścią tyleż postmodernistyczną, co celowo przestarzałą już w momencie pisania. Formą i estetyką nawiązującą do twórczości pisarzy niemieckojęzycznych pierwszej połowy XX wieku. Trochę Węgier zapożycza od Tomasza Manna, ale przede wszystkim od (po)habsburskich klasyków – Gütersloha, Musila, może Brocha.

W “Pamięci” przeplatają się trzy wątki. Pierwszy traktuje o dorastaniu w stalinowskich Węgrzech. Ociera się o powstanie 56 roku, aluzjami rozlicza niechlubną drugowojenną przeszłość Węgrów, walczących o boku Niemiec na Wschodzie i wmieszanych w Holocaust. Jest to wątek najbardziej rozbudowany i najciekawszy. Ale nawet tu mamy do czynienia nie tyle z faktami i fabułą, co bardziej z przebłyskami pamięci i próbą odtworzenia atmosfery minionych dni. Druga warstwa opisuje małą socjalistyczną stabilizację lat 70. poprzedniego wieku, co prawda z perspektywy bardziej enerdowskiej niż węgierskiej. Trzecia, ostatnia, jest „powieścią w powieści” – Nádas tu już jawnie czerpie z dorobku wspomnianych klasyków, umieszczając akcję „fikcyjnego” utworu w nadmorskim uzdrowisku dla niemieckiej burżuazji końca XIX wieku.

Mój osobisty problem z „Pamięcią” jest taki, że to powieść bardziej do podziwiania niż przedmiot (podmiot?) prawdziwej ekscytacji. Gubiłem się w tych cudownie okropnych wielostronicowych akapitach, przelatywałem oczyskami po tekście, by na chwilę wyłapać sens i potem znowu bardziej ślizgać się po frazie niż czytać ze zrozumieniem. Oczywiście jest tu kilka scen wstrząsających, kilka motywacji bohaterów zmuszających do przemyślenia wydarzeń od nowa, jednak jako całość powieść Węgra jest pozycją trudno przyswajalną. Zwracają uwagę odważne opisy rodzącej się dziecięcej seksualności, w późniejszych partiach zaskakują wątki homoerotyczne, zawsze niewygodne przecież dla totalitarnego systemu. Jednak nawet w tym przypadku towarzyszyło mi czerwone światełko: Na ile to temat rzeczywiście istotny dla autora, a na ile gra z konwencją bildungsroman? To pytanie towarzyszy lekturze cały czas.

Péter Nádas, Pamięć, przeł. Elżbieta Sobolewska, Biuro Literackie 2017

Adam, @naTTjuzbylo