Petra Hůlová, „Czas Czerwonych Gór”. Mongolskie losy

Czas Czerwonych Gór to pierwsza książka czeskiej autorki, którą miałam przyjemność przeczytać. Moją duszą nieustannie targały wątpliwości: czy mi się spodoba, czy czytanie o Mongołach wpasuje się w moje upodobania czytelnicze, jak odbiorę całość, czy w ogóle warto. I wiem jedno: warto na pewno.

Święte stepy Mongolii. Miasto. Wieś. Jedna rodzina – pięć punktów widzenia. Mongolskie społeczeństwo, nieosiągalna egzotyka, walka człowieka z własnym ja, nietuzinkowe postacie. Czy ta oryginalność może się udać?

Opowieść Petry Hůlovej1o innych książkach autorki możecie przeczytać TUTAJTU. jest jak siarczysty policzek wymierzony młodej, ambitnej osobie. Bohaterki powieści zostały okrutnie doświadczone przez los, który  w okrutny sposób pokazał im, kto rządzi w tym świecie. Ta książka jest swego rodzaju małym przewodnikiem po mentalności i egzystencji tych niezwykłych, silnych, mongolskich kobiet. I ich życiu wewnętrznym.

Sama historia jest niezwykle zaskakująca. Nie chciałabym zdradzać tej słodko-gorzkiej tajemnicy, której trzeba zasmakować osobiście, jednak możecie być pewni: nie będziecie się spodziewać tego, co się wydarzy – i to na waszych oczach, kartka po kartce. Ja osobiście musiałam dozować sobie ten emocjonalny, toczący się we mnie spór spowodowany trwającą akcją, ponieważ zachwyt rósł tak szybko jak obrzydzenie. To dziwne doświadczenie, z którym zetknęłam się po raz pierwszy. Niby bardzo mi się podoba i chcę więcej, więcej, więcej, ale z drugiej strony – targają mną mdłości, odpycha mnie niemal wszystko. Mistrzostwo.

Wielkim plusem jest tutaj miejsce akcji, o którym wcześniej nie miałam przyjemności czytać. Ba, nawet nie znam osobiście człowieka, którego stopa stanęłaby na mongolskiej ziemi. Wyobrażam sobie Mongolię jako krainę  dziką, dla mnie nieosiągalną. Jako egzotykę niedostępną moim oczom. W najśmielszych marzeniach nie pomyślałam, że mogłabym liznąć trochę tego klimatu, tajemniczej atmosfery, surowości. Autorka zafundowała mi nie tylko huśtawkę emocji, ale także mocną, bolesną i piękna podróż po tym zaskakującym, świecącym nagością duszy kraju.

Historia pięciu kobiet została opowiedziana przez każdą z nich. I choć jest to ta sama opowieść, każda z bohaterek widzi ją inaczej, inaczej odczuwa, odbiera, inaczej nią oddycha i inaczej ją śni. Cieszę się, że mimo goryczy, nieszczęścia i przejmującego smutku, żadna z bohaterek nie rozczula się nad sobą, tylko dumnie, z uniesioną głową, ciągnie swą historię – bez drżenia strun głosowych, bez pretensji. Uważam, że Petra Hůlová powinna dostać medal w umiejętności kreowania ciekawych, autentycznych postaci.

Akcja toczy się zaskakująco. Pierw spokojna przewidywalność, jak z prawdziwej baśni, mrocznej, aczkolwiek nieco magicznej. Dopiero później wszystko komplikuje się i dostajemy mocne kopnięcie w serce, nie nadążając za pędzącym pociągiem wydarzeń, który wszystko zmieni.

Na wielki ukłon zasługuje język, z którym czytelnik ma okazję się zapoznać, zakolegować, a nawet zaprzyjaźnić. Mnóstwo w nim czarujących, poetyckich zwrotów, które na duszę artysty działają jak kojący balsam. Dzięki temu lektura wydawała się przyjemniejsza w odbiorze, pełna cytatów, którymi chciało się wytapetować pokój. No i zwroty mongolskie, które czasem przewijały się wśród zdań i dialogów. Miało się wrażenie, że książka została napisana przez rodowitą Mongołkę, a nie tylko absolwentkę mongolistyki. Coś niesamowitego.

Co więcej, ta gra słów ukazała także, w jaki sposób autorka związana jest mentalnie z opisywanym krajem. Jestem pełna podziwu, że czeska obywatelka tak bardzo mogła zauroczyć się Mongolią, krajem, który na pozór przemyka niezauważony w wydarzeniach toczących się na świecie, kraju, o którym nie myśli się zbyt dużo. Petra zaraża swoją pasją i sprawia, że czytelnik chce wciąż się dokształcać, szukać informacji i poznawać – historię, kulturę oraz obyczaje mongolskiego kawałka świata.

Lektura zdecydowanie zmusza do refleksji nad sobą, naszym życiem, nad tym, co robimy i co zmienić powinniśmy. Często wzrusza, ale jeszcze częściej irytuje, zniesmacza, sprawia, że chce się krzyczeć, cisnąć książką w kąt i skakać po niej, z całych sił, tak by ją zabolało – jak i nas boli. To tylko dowodzi, jak dobrze autorka potrafi grać na emocjach odbiorcy. Choć okrucieństwo, z którym spotkały się bohaterki doprowadza do niedowierzania i szukania jakiegoś wytłumaczenia, że może nie tak, może coś źle zrozumiałam, musi przecież być jakieś inne wyjście – ja uwierzyłam autorce w stu procentach, w każde słowo. Wzięłam tę historię jak lek na ból brzucha, mając nadzieję, że moje serce kiedyś zaakceptuje ból, który wiąże się z tymi abstrakcyjnymi faktami. Z mojej strony wielki szacunek.

Czas Czerwonych Gór to lektura, która dumnie prezentuje się na mojej półce. I choć często przechodząc obok niej chciałabym przystanąć i dotknąć jej grzbietu, zaraz się cofam. Przypominam sobie co się działo na jej poszczególnych stronach. I uciekam.

Natalia Chrobok, talsoon

Petra Hůlová, Czas Czerwonych Gór, przeł. Dorota Dobrew, Wydawnictwo W.A.B., 2007.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Spread the love