Philippe Claudel, „Raport Brodecka”

„Nazywam się Brodeck i nie mam z tym nic wspólnego”.

Tak rozpoczyna się ta historia nieumiejscowiona w skonkretyzowanej geograficznie przestrzeni. Claudel zostawia jednak wskazówki, które pozwalają nam w miarę lektury umiejscowić fabułę w miejscu i czasie, choć nic tu nigdy nie pada wprost. Choć wiemy od początku jedno – akcja dzieje się rok po wojnie. Że chodzi o tę najstraszniejszą w wieku XX wydedukować stosunkowo łatwo z podrzuconych przez autora tropów, strzępków informacji, a przede wszystkim reminiscencji narratora – tytułowego Brodecka.

Od pierwszych stron wiemy, że w tym fikcyjnym miasteczku coś złego się wydarzyło. Bajkowa kraina w górskiej dolinie zostaje obciążona zbrodnią. Brodeck informuje nas, że dokonano mordu na jednym z jego mieszkańców, choć Anderer, bo tak nazwany został ów człowiek był w nim tylko gościem; kolejnym przyjezdnym, którego pobyt może nadmiernie się przedłużył. Na swoje nieszczęście był tam obcym, który zakłócił spokojny byt konserwatywnej i na pozór wzorowo zorganizowanej mikrospołeczności. Początkowo przyjęty i fetowany jak monarcha, ten tajemniczy przybysz, enigmatyczny artysta – malarz, ekstrawagancki prowokator, z biegiem czasu staje się obciążeniem, a ferment, który zaczął zasiewać obróci się przeciwko niemu.

To właśnie jedna z jego radykalnych prowokacji stanie się przyczyną jego końca. Nastroje społeczne błyskawicznie i radykalnie się zmienią, i ten chwilę temu hołubiony, szybko zostanie tym znienawidzonym. A Brodeck stanie się depozytariuszem prawdy o jego śmierci, w którą umoczona zostaje  niemal cała mikrospołeczność, od prostych chłopów po miejscową elitę z burmistrzem na czele. Tu Brodeck – niemy statysta tragicznych wydarzeń – zostaje sam wystawiony na próbę i niejako skazany na wybór między lojalnością wobec siebie, a lojalnością wobec swoich. Dramatycznym wyborem między pamięcią a jej przeciwieństwem.

Philippe Claudel – nagradzany we Francji prestiżowymi nagrodami pisarz – dla tej powieści stworzył swój własny dialekt, mocno zanurzony w niemczyźnie. I takim językiem mówią mieszkańcy fikcyjnego miasteczka, w którym toczy się prawie cała akcja książki. To zresztą kolejny trop jaki podrzuca czytelnikom prozaik i ostatecznie pozwala nam umiejscowić akcję „Raportu…” gdzieś na pograniczu francusko – niemieckim, w tych stronach gdzie wielka Historia nadchodziła i przesuwała granice, zmieniając ludziom z dnia na dzień ich państwową przynależność.

U Claudela wszystko pozostaje niedopowiedziane i enigmatyczne – nie padają przez 300 stron tej powieści żadne nazwy ani odniesienia historyczne, choć czytając kolejne zapiski Brodecka słyszymy brzęk szyb tłuczonych podczas Kristallnacht, bądź złowieszczy stukot kół pociągów zmierzających do Treblinki czy Dachau. To świat, który naznaczyła wojna i każde mniejsze zło jest następstwem tego większego i pierwotnego.

Centralnym zdarzeniem wokół którego rozpięta jest powieść pozostaje śmierć przybysza Anderera (nie poznajemy jego prawdziwej tożsamości, a Anderer oznacza tyle co Obcy), i raz narrator cofa się opowiadając co do niej doprowadziło, by chwilę później pokazać jej późniejsze implikacje. Narracja jest więc tutaj achronologiczna i nielinearna, w niektórych rozdziałach zawieszona wręcz między fantasmagorią a wykreowaną rzeczywistością. Liczne porównania użyte w powieści znamionują Claudela jako znakomitego rzemieślnika i stylistę. Możemy na przykład przeczytać, że „zmierzch opadł na miasteczko jak topór na katowski pień”.

Im bliżej końca tym jako czytelnicy nabieramy więcej przeświadczenia, że francuski pisarz rozpisał nam niemal grecką tragedię z jej immanentnymi cechami, jak katharsis i fatum. Tyle, że i tutaj Philippe Claudel pozostaje bardzo przewrotny wobec znanego nam z czasów antyku schematu. Ale więcej nie zdradzę. Czytajcie. To bardzo dobra, choć gorzka jak piołun powieść.

Philippe Claude, Raport Brodecka, Wydawnictwo Czytelnik

Krystian, @kryztiandk