ok 5 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuRebecca Solnit, „Mężczyźni objaśniają mi świat”

W Polsce oficjalne statystyki dotyczą przemocy domowej, a nie przemocy wobec kobiet. Według policji w roku 2016 liczba ofiar przemocy w rodzinie wyniosła prawie dziewięćdziesiąt dwa tysiące osób, w tym prawie sześćdziesiąt siedem tysięcy kobiet i ponad czternaście tysięcy dzieci (obojga płci). Liczba podejrzanych sprawców: siedemdziesiąt cztery tysiące, w tym sześćdziesiąt osiem tysięcy mężczyzn; a to jedynie przestępstwa zgłoszone. Media, za organizacjami kobiecymi, szacują, że rocznie około czterystu kobiet w Polsce umiera w wyniku przemocy domowej[1].

Nigdy nie bałem się horrorów z mordującymi ludzi potworami. Nie przemawiały do mnie plagi zombie, ataki kosmitów, Frankenstein (w sensie potwór, nie doktor), czy przeróżne duchy i inne nadprzyrodzone zjawiska. Co innego filmy, w których mordercą był pozornie zwykły człowiek, jakich pełno na ulicach. Który może sprzedawać ci drożdżówkę w sklepiku szkolnym, albo z którym jeździsz autobusem do pracy. Myśl, że wśród nas czai się zło, którego nie jesteśmy w stanie zidentyfikować do czasu jej własnego odkrycia się, burzy naszą pewność siebie. 

Alfredowi Hitchcockowi przypisuje się stwierdzenie, zgodnie z którym film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, po którym napięcie ma już tylko rosnąć. Książka Solnit zaczyna się takim trzęsieniem ziemi – pozornie błahą opowiastką o przyjęciu, którego gospodarz tłumaczy Solnit koncepcję pewnej książki, o której czytał w periodyku. Gospodarz oczywiście przemawiał w znanym nam wszystkim tonie Człowieka, który Wie i Uświadamia. Nie wiedział niestety, że autorką owej książki jest sama Solnit. Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że poinformowanie o tym rozmówcy w jakikolwiek sposób wpłynęło na jego zachowanie.

Każdy z nas zna takie osoby, niektórzy z takimi pracują, a niektórzy pewnie widzą takich w lustrze (proszę się zastanowić, odruchowo przecież i tak wszyscy zaprzeczymy). Rebecca Solnit stara się uświadomić, że przemoc wobec kobiet to nie tylko siniaki i praktyki rodem z 50 twarzy Greya w innej scenerii. Zdaniem Solnit powinniśmy przede wszystkim zwrócić naszą uwagę w stronę przemocy symbolicznej, tym, czego zapewne nawet nie zauważamy.

Kobieta nie musi mieć siniaków pod oczami, nie musi spędzać godzin na malowaniu się, żeby przed znajomymi z pracy ukryć wspomnienia poprzedniego wieczoru w „zaciszu” swojego mieszkania, żeby doświadczać przemocy ze względu na swoją płeć. Solnit prostymi słowami wyraża jedną z najważniejszych myśli przewodnich swoich esejów:

źródła przemocy tkwią w autorytaryzmie. Przemoc zaczyna się od przyjęcia założenia, które brzmi: mam prawo cię kontrolować.

I nie ma, że boli. Przypomnijcie sobie, ile razy za dzieciaka szarpaliście koleżanki za włosy, ile razy w przypływie złości w okresie nastoletnim nazwaliście dziwkami, za iloma kobietami gwizdaliście na ulicy, ile razy opowiadaliście seksistowskie dowcipy, albo przynajmniej z nich rechotaliście? Ile razy tłumaczyłeś, albo chociaż potakiwałeś słysząc: to jej wina, mogła się tak nie ubierać, albo prowokowała. Kto dał wam (nam) prawo do takich zachować? I nawet jeśli dziś patrzycie na te szczenięce szarpaniny z przymrużeniem oka, bo to przecież były tylko zabawy, pamiętajcie, że zabawa dla strony silniejszej nie musi być tak samo odbierana przez drugą stronę. Pamiętajcie, że gwizdanie za kobietą na ulicy to nie musi być komplement.

Kilka miesięcy temu do mojej znajomej z pracy przyszedł przedstawiciel pewnej firmy powiązanej z władzami samorządowymi. Moja znajoma zeszła do niego na dół, aby podpisać jakieś dokumenty, co też chciała zrobić opierając kartę o ścianę. Pech chciał, że upuściła skuwkę od długopisu. Ów sympatyczny pan postanowił się po skuwkę schylić – bo dobre maniery, wiecie – po czym wręczając skuwkę uraczył koleżankę komentarzem: szkoda, że nie nosi pani spódniczek.

Żyjemy w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Nie wyobrażamy sobie, jak taki niewinny komplement może zostać odebrany. To nie my idąc wieczorem ulicą musimy się mieć na baczności, zawsze w skupieniu, gotowi do obrony. Żyjemy we własnej strefie komfortu, którą zbudowaliśmy na poczuciu władzy i kontroli, jaką sprawujemy.

Jackson Katz mawia[2], że przemoc wobec kobiet to nie jest problem kobiet, to problem mężczyzn. To mężczyzn uczy się panowania, to mężczyzn przystosowuje się do przywództwa. Jeżeli nie reagujesz na seksistowskie uwagi skierowane do twoich znajomych, albo nawet w ramach żartu towarzyskiego bez adresata, to właśnie ty zawodzisz jako przywódca. Jeżeli nie reagujesz, to jest twoja wina, że takie komentarze się powtarzają. To będzie twoja wina, jeśli kiedyś żarty przerodzą się w inną formę przemocy werbalnej, obwinianie, osądzanie drugiej osoby, albo podważanie jej kompetencji lub przysługujących jej praw. Wreszcie pojawią się groźby i przemoc słowna, wyzwiska, bezpośrednia kontrola wyrażana poleceniami, aż w końcu dojdzie do agresji fizycznej.

Twój sprzeciw na każdym etapie ma znaczenie. Chciałbym powiedzieć, że przemoc wobec kobiet to nie jest problem kobiet i nie jest to problem mężczyzn. Że to nasz wspólny problem, problem ludzi. Że musimy go wspólnie pokonać, że tylko działając razem, jesteśmy w stanie sprawić, by ów radykalny pogląd, że kobieta jest również człowiekiem – ze wszystkimi tego konsekwencjami – był dla nas równie oczywisty, jak grawitacja. Ale statystyki są nieubłagane. Problem wobec kobiet – to problem mężczyzn i to my, mężczyźni, musimy go rozwiązać. By lepiej się żyło nam wszystkim.

Więc może gdy następnym razem będziesz jechać autobusem do pracy i rozglądać się za potencjalnym zagrożeniem sprawdź, czy ludzie nie przyglądają się tobie.

Filip, @smootnyclown

[1] Przypis redakcyjny w książce.

[2] Posłuchajcie, co mówi Jackson Katz, naprawdę warto:

5 (100%) 2 votes