Western awanturniczy. Sebastian Barry, “Dni bez końca”

,Co to za cudowna książka była! O mamo! Akcja biegnie na łeb na szyję, krew się leje, a do tego co i rusz przytrafia się takie zdanie, którego niejeden pisarz by pozazdrościł. W dodatku trafia prosto w serce. Cud, miód i orzeszki! Właściwie już możecie przestać czytać te moje wypociny i szybciutko pobiec do najbliższej księgarni czy biblioteki po Dni bez końca Sebastiana Barry’ego. Takie książki nie trafiają się często.

Ale zanim o tym dlaczego to taka pyszna lektura – krótki komentarz o jej promocji. Mam wrażenie, że polski wydawca, jak i magazyn Książki, zrobili tej powieści niedźwiedzią przysługę zdradzając to, co dla czytelników anglojęzycznych pozostaje ukryte. To nie jedyny przypadek, gdy polskiemu czytelnikowi odbiera się przyjemność z odkrywania zaskakującego rozwoju fabuły na własną rękę1np. polski wydawca cudownej książki “Nie posiadamy się ze szczęścia” nie zapomniał przy jej promocji oraz w blurbie umieścić istotnych dla odbioru powieści spoilerów – być może chodzi o zbudowanie kontrowersji wokół tematu. Ale czy to dobrze robi książce? Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Taki zabieg umieszcza ją w jednym, dość ograniczonym, kontekście, z którego ciężko ją potem wyjąć. Tymczasem mało która powieść jest tylko o jednej sprawie, a już z pewnością żadna dobra.

A to szelma!

Tym bardziej taka jak Dni bez końca – opowiedziana ze swadą i humorem powieść pikarejska2zwana inaczej łotrzykowską, szelmowską lub romansem awanturniczym autorstwa irlandzkiego pisarza Sebastiana Barry’ego. Jak na powieść łotrzykowską przystało stylizowana jest na autobiografię, jej głównym bohaterem-narratorem jest biedny Irlandczyk, przybyły do Stanów Zjednoczonych na fali głodowej emigracji. Thomas McNulty opowiada nam o swoich perypetiach z gawędziarskim zacięciem. Dni bez końca to jedna z tych, jakże rzadkich książek, które spodobają się i miłośnikom wartkiej akcji, i zwolennikom pięknego języka. Z jednej strony czytelnik chce jak najszybciej dowiedzieć się jak to wszystko się skończy, jako że zwrotów akcji jest tu co nie miara. Z drugiej strony, nie może nie zatrzymać się nad frapującymi zdaniami, które co i rusz pojawiają się na kartach książki.

Brawa dla Polaka!

Duża w tym zasługa tłumacza – Jędrzeja Polaka3Ostatnio sprawił nam sporo przyjemności przekładając na nowo Kroniki portowe, a w lutym miały premierę aż dwie pozycje w jego przekładzie: Dni bez końca oraz Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie., którego przekład wydobył zarówno potoczny, jak i poetycki styl Barry’ego. Zobaczcie pierwsze zdanie:

“Wystawianie trupów w Missouri, jak powiadają, niezawodnie przechodzi ludzkie pojęcie”.

I fragment o oprawianiu mięsa:

“Noże otwierały mięso, malując jakby malowidła nowego kraju, bezkresnych równin brunatnego lądu z czerwonymi rzekami wypływającymi wszędzie z brzegów, aż brodziliśmy w Bóg wie czym, a sucha ziemia zamieniła się nagle w chlupoczące bagno”.

Mam nadzieję, że za sprawą tego tłumaczenia wreszcie zostanie dostrzeżony. Podobnie jak i pisarz, bo Sebastian Barry, choć uznany w świecie anglosaskim, nie miał do tej pory szczęścia na polskim rynku wydawniczym. Jego poprzednie powieści wydane w Polsce – Tajny dziennikPo stronie Kanaanu – nie trafiały na listy bestsellerów. Tymczasem to pisarz wybitny i chętnie czytany w anglojęzycznym świecie. Jeśli nigdy wcześniej o nim nie słyszeliście, bez wahania sięgnijcie po Dni bez końca4Oczywiście, weźcie poprawkę na fakt, że nasze gusta mogą się różnić, choć, moim zdaniem, nawet wtedy czytanie “Dni bez końca” nie będzie dla Was czasem zmarnowanym.

Brutalny western

Sporo w tej książce zabawy z konwencją, gdyż to nie tylko powieść pikarejska, ale i western. Wojny z Indianami, wojna secesyjna, początki kolei transkontynentalnej, a nawet rewolwerowa strzelanina – znajdziecie tu wszystkie znajome westernowe okoliczności. Jednak brak w powieści pozytywnych bohaterów – masakry zdarzają się po obu stronach frontu, a bestialstwo, do jakiego zdolni są amerykańscy żołnierze, budzi odrazę i przerażenie. Ponadto Barry często buduje swoją opowieść na kontrastach. Pierwsza z brutalnych scen – masakra indiańskiej wioski pełnej kobiet i dzieci – poprzedzona jest opisem zadumy żołnierzy przejeżdżających przez sekwojowy las. Piękno i okrucieństwo dzieli jeden paragraf.

Mit założycielski Ameryki? Historia Stanów Zjednoczonych u Barry’ego jawi się jako opowieść o mordach, okrucieństwie i bezsensownie przelanej krwi. Dla Irlandczyków uciekających ze swojej ojczyzny przed wielkim głodem American Dream to walka przeciwko rodakom po drugiej stronie frontu. Zaś bohaterowie wjeżdżający do powojennego Kentucky – stanu pełnego czystych i spokojnych miasteczek – natykają się na dyndające na wietrze ciała czarnoskórych wisielców. Ten ponury wycinek historii USA pokazany został z naturalistycznym pietyzmem, od którego czasem i cierpnie skóra.

Rodzina ponad wszystko

Kontrastem dla wielkiej historii w tle jest zwykle mała historia bohaterów. Tak jest i tym razem. I jest to opowieść przewrotna, nie wpasowująca się w tradycyjne historie rodem z Dzikiego Zachodu. Chłopiec przebierający się w sukienkę, by mężczyźni z górniczego miasteczka, mogli zatańczyć z kobietą? Już słyszę to prawicowe oburzenie. Dla współczesnych to rzecz zaskakująca, choć faktycznie istniały górnicze miasta, w których nie było kobiet. A o Minstrel Shows słyszeliście? W tej powieści dowiecie się, że te odpowiedniki dzisiejszych kabaretów, pokazywały rzeczy najróżniejsze, a purytańska Ameryka nie zawsze taką była.

Przede wszystkim jednak Dni bez końca to opowieść o… miłości, jaka subtelnie rozgrywa się na kartach książki. Lecz nie o namiętności czy miłości romantycznej, jak zdają się sugerować wspomniane wcześniej publikacje. To dom i rodzina są centralnym motywem powieści. Rodzina powstała z osób, zdawałoby się dość przypadkowych, a mimo to stanowiąca siłę i oparcie w czasach chaosu i zniszczenia. W dzisiejszej Polsce ta historia ma szczególne znaczenie, bo pokazuje, że rodzina nie musi składać się z męża i żony oraz ich biologicznych dzieci, a spajająca rodzinę miłość wcale nie staje się przez to gorsza.

Czym więc są Dni bez końca? Czy to queerowy western? Współczesny romans awanturniczy? Opowieść o potędze miłości na tle historycznej zawieruchy? Wszystko to na raz, do tego opowiedziane przepięknym, a często zabawnym, językiem. Czytajcie, żeby potem nie pluć sobie w brodę, że przegapiliście taki klejnot.

Anna Lipińska, @PoProstuAnia
Redakcja dziękuje wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Sebastian Barry, Dni bez końca, przeł. Jędrzej Polak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2019.

 

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi