Paszka nie rozumie. Serhij Żadan, “Internat”

Internat to w twórczości Serhija Żadana książka osobna. I nie ma w tym nic dziwnego.

Najpierw muszę zdradzić pewną tajemnicę – Żadan jest jednym z kilkorga moich literackich ulubieńców drugiej linii. W grupie tej klasyfikuję pisarki i pisarzy względnie młodych, których książki już lubię, ale potrafię zrozumieć, że to jeszcze “nie ten poziom”, by zdobywać największe nagrody czy choćby pomniejsze laury. W miarę możliwości staram się śledzić ich kariery, a jeśli są dostępne polskie przekłady, sprawdzam na jakim etapie literackiej istotności znajdują się aktualnie. Z Żadanem jest o tyle dobrze, że jego kolejne książki prozatorskie – bo pisuje też poezję – regularnie wydaje Wydawnictwo Czarne i wspomniany wyżej rozwój można w Polsce obserwować z niewielkim opóźnieniem. Ukrainiec zaczynał od gatunkowo niejednoznacznych – ni to opowiadanie, ni powieść – utworów stylizowanych na autobiograficzne, mocno chłopackich w wydźwięku, by zasłużonego Angelusa otrzymać za Mezopotamię. – dojrzałą, “dorosłą” powieść. Tę ewolucję zresztą zabawnie potwierdzają zdjęcia pisarza we wkładkach. W pierwszych tłumaczeniach mamy młodego chłopaka z blond kędziorkami, Internat zdobi przystojny, chyba siwiejący na skroniach, czterdziestolatek.

Żadan pochodzi ze wschodniej Ukrainy i również jego książki opisują skomplikowaną sytuację polityczną tej części byłego Sojuza po rozpadzie ojczyzny proletariatu. Jego wnioski nigdy nie były oczywiste, choć Żadan zawsze pozostawał pisarzem prozachodnim, proeuropejskim i, jak dziwnie to nie brzmi, proukraińskim. Trzeba to podkreślić, zwłaszcza w kontekście Internatu. Jest to bowiem powieść o (nie)wojnie z mniejszym i większym natężeniem trwającej na wschodzie Ukrainy od wiosny 2014 roku.

Trzydziestopięcioletni Pasza, nauczyciel w małej kolejarskiej osadzie, której dobre czasy skończyły się w 1991 roku, a może nawet trochę wcześniej, wyrusza do pobliskiego miasta, by odebrać siostrzeńca ze szkoły. Przez miasto od kilku miesięcy przebiega linia (nie)frontu, ale dotychczas można było się do niego dostać niemal równie łatwo jak w zwyczajnych czasach. No, po okazaniu dokumentów w kilku punktach kontrolnych. Poprzedniej nocy jednak nasi/wasi przełamali pozycje obronne naszych/waszych i ta normalna nienormalność staje się wspomnieniem. Kolejne trzy dni, i trzysta stron powieści, Pasza spędzi w mieście.

Żadan nie rezygnuje całkiem z ironii i sarkazmu, tym razem mają one jednak większy ciężar gatunkowy, co, powtórzmy, dziwić nie może. Jest to powieść pod wieloma względami w pełni realistyczna, twarda, nie epatująca jednak koszmarami wojny bez powodu. Nie przez przypadek najczęściej powtarzającą się frazą jest “nie rozumie Pasza“, bo choć jest on kaleką, to akurat słuch ma względnie dobry. I jeśli nie rozumie, to winne nie są uszy ze swoimi młoteczkami, kowadełkami i strzemiączkami, a niezbyt odporna na wstrząsy i zranienie galareta między nimi. Sytuacja jest tak szalona, że tego wszystkiego po prostu się nie da ogarnąć, przyswoić, a co dopiero próbować zrozumieć. Nawet żołnierze nie bardzo wiedzą, co tu robią, ale mężczyzna w pewnym wieku musi trzymać kałacha podciągniętego na pasku, i nawet nie jest takie ważne po której stronie (nie)walczy, byle trzymał.

Wyżej napisałem “powieść pod wieloma względami w pełni realistyczna”, a nie w pełni realistyczna, bo jednak mam dwie wątpliwości. Możliwe bowiem, że kilka scen, zwłaszcza na dworcu kolejowym, nawiązuje do klasyki radzieckiej kultury i książek/filmów o drugiej wojnie światowej. Może mi tu brakować kodu kulturowego, by te nawiązania w pełni odczytać.

Druga wątpliwość jest bodaj poważniejsza. Otóż Żadan unika nazw własnych. Osada kolejarska jest w tekście stacją, Pasza nie ma nazwiska, tylko funkcję: jest nauczycielem, co w obecnej sytuacji szczególnie problematyczne, języka ukraińskiego. Miasto to po prostu miasto. Ma to pewne podstawy fabularne i światopoglądowe. U Żadana kraina “pochuizmu” (jak w Depeche Mode nazywa wschodnio-ukraińską rzeczywistość), to twór niedokończony, rozpadający się i nie potrafiący zyskać stałej formy. W Internacie permanentną tymczasowość najdobitniej potwierdzają ciągłe zmiany języka i akcentu kolejnych bohaterów, niezależne od strony, którą wspierają. Zresztą sam Żadan momentami zdaje się być zmęczony najbardziej tymi, którzy nie stoją po żadnej ze stron. Zabieg ten może więc wzmacniać paranoiczność tej konkretnej (nie)wojny, ale kilkukrotnie miałem wrażenie, że autor miał i drugi cel na uwadze. Chciał nadać snutej opowieści znaczenie uniwersalne. Próbował ukraińską tragedię zmieścić w ramach antyutopii albo moralitetu, czytelnych dla każdego, przynajmniej na Zachodzie (?). Lecz nie wiem, czy ten zabieg wzmacnia przekaz powieści, czy raczej go osłabia.

Podobnie mam z końcówką, o której zaraz po przeczytaniu myślałem, że kompletnie nie pasuje, jest wręcz nazbyt sielankowa. Ale potem sobie zdałem sprawę, że tych kilka stron opisuje po prostu normalność, ba, najprymitywniejszą wersję normalności. W której suche ubranie, kąpiel czy możliwość snu są czymś tak oczywistym, że nierejestrowanym jako wielki przywilej współczesności. O braku spadających z rykiem rakiet nie wspominając. No i stacja znajduje się ledwie kilka kilometrów od nowej (nie)linii frontu. Do następnej ofensywy naszych/waszych (nie)żołnierzy?

Adam, @naTTjuzbylo

Serhij Żadan, Internat, przeł. Michał Petryk, Wydawnictwo Czarne, 2019

Spread the love