Ameryka w ogniu. „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje”,
Charlie LeDuff.

Gdyby Charlie LeDuff nie istniał, należałoby go wymyślić. Zdecydowanie. Dopiero niedawno okazało się, że nie tylko nam podobał się jego reportaż Detroit. Sekcja zwłok Ameryki1 Charlie LeDuff, “Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015., a już LeDuff nadciąga z nową książką Shitshow!, w której jeszcze bardziej jest po prostu sobą i stawia siebie w centrum zdarzeń.

Skąd to kozaczenie?

Czy to problem? Nie. Przynajmniej nie dla nas. Najczęstszym zarzutem w stosunku do Detroit było to, że to książka nie tyle o Detroit, co o autorze. A już na pewno nie o Ameryce. Czy aby na pewno?

Powiedzmy to wprost, niewielu podobał się reportaż Charliego LeDuffa o Detroit z bardzo prostej przyczyny – prawdopodobnie nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z rodzajem dziennikarstwa jakim jest gonzo. Trudno powiedzieć skąd sama nazwa pochodzi, uważa się, że termin został użyty po raz pierwszy w 1970 roku przez redaktora Billa Cardoso w The Boston Globe opisującego artykuł Huntera S. Thomasa o Kentucky Derby. Ciekawych tego, skąd ten termin wytrzasnął odsyłam do anglojęzycznej Wikipedii. Tak czy siak, ojcem założycielem stylu gonzo bez dwóch zdań jest Hunter S. Thomas. Kto nie wierzy – niech sprawdzi jego Lęk i odrazę w Las Vegas.

Na czym polega to ustrojstwo? Po pierwsze żadnego obiektywizmu – autor reportażu jest w nim obecny i to na pierwszym planie. Mało tego, jego pierwszoosobowa narracja obfituje w sarkazm i ironię. Jest tu pełno dygresji, potocznego języka czy wulgaryzmów. Często to prawdziwa jazda bez trzymanki. Wielu uważa, że gonzo tak samo blisko do literatury faktu, co do beletrystyki i coś w tym jest. U nas gonzo stosuje choćby Ziemowit Szczerek.

Ameryka oczami Charliego

Czytanie LeDuffa, może zaskoczyć. Zdziwieniem napawa choćby to, w jak wiele finezyjnych przekleństw obfituje język polski. Są na przykład takie, których nie słyszeliśmy zbyt często, choćby kutasiarz czy pizdeusz (to drugie brzmi nawet pieszczotliwie). Głębokie ukłony za ich wynalezienie oraz za ogromną potoczystość języka dla tłumaczki Shitshow! – Kai Gucio.

Najbardziej jednak zaskakuje to, że nie tylko można tę opowieść czytać na trzeźwo, ale że wciąga jak bagno. Z wypiekami na twarzy podąża się śladami reportera przeżywającego mniej i bardziej niebezpieczne przygody w Ameryce B i dalszych liter alfabetu. LeDuff koloryzuje i dramatyzuje, a mimo to udaje mu się dotrzeć do prawdy na temat życia zwykłego Amerykanina i opowiedzieć o kłopotach Ameryki.

W reportażach LeDuffa USA tuż przed Trumpem jawi się jako kraj, w którym globalizacja, czyli znalezienie tańszej siły roboczej poza granicami Stanów, zniszczyła wielu ludziom życie. Często na pokolenia. W kraju, w którym niewidzialna ręka rynku ma wszystko załatwić, a państwo nawet nie próbuje rozwiązywać problemów społecznych w inny sposób, niż aktywnością policji, to się nie może dobrze skończyć. Klasa średnia się pauperyzuje, biedni pozostają biedni i tylko bogacze się cieszą. O ironio, właśnie takiego bogacza wybrali sobie Amerykanie na prezydenta. Dlaczego? Bo jako pierwszy publicznie powiedział, że król jest nagi. Przyznał to, o czym mówią ludzie, że Ameryka spsiała, że czas przywrócić jej dawny blask.

Nadal myślicie, że LeDuff to burak, a nie reporter? Zobaczcie na spis treści – to zupełnie nieprzypadkowe, że wszystkie tytuły rozdziałów mówią o kolorach:

„to jest Ameryka. I kolor ma tu znaczenie.”

Człowiek musi jeść

Kiedy w 2014 roku Charlie LeDuff ruszył w podróż po USA, chciał pokazać Amerykę zwykłych ludzi. Ludzi z Flint w Michigan, którzy musieli pić wodę nienadającą się nawet do mycia. Nielegalnych imigrantów na granicy z Meksykiem. Nafciarzy łudzących się, że w Dakocie Północnej można zarobić 100 tysięcy dolarów rocznie. Wszyscy zrozpaczeni zdeterminowani, bo w końcu:

„Człowiek zrobi to, co jego zdaniem musi zrobić, żeby jeść. A jeśli będzie musiał zjeść drugiego człowieka albo jego dzieci, to bon appétit, kutasiarzu. Stałem tam i myślałem o innym zawodniku, którego poznałem w Alabamie. Tym z zamrażarką pełną mrożonej wiewiórczyny. Człowiek musi jeść. Tak samo Ciro, który w japonkach przedzierał się przez trzciny nad brzegiem Rio Grande.”

Wszędzie w tych obrazach dominuje przekonanie, że Amerykanie zostali zostawieni sami sobie, że rządzący mają ich gdzieś. Władza na wszystkich szczeblach jest oderwana od rzeczywistości, co pokazuje opis spektaklu prawyborczego w Iowa. LeDuff i jego rozmówcy biczują władzę tak za dopuszczanie do rasizmu, jak i za pogardę dla białych robotników, jeszcze nie tak dawno temu będących ostoją społeczeństwa. Powstaje obraz niemalże symboliczny:

„Kryzys wodny we Flint jest symbolem, który odbił się echem w całej Ameryce – ale symbolem czego? Upadku klasy robotniczej? Lekceważenia czarnej większości? (Blisko sześćdziesiąt procent populacji we Flint stanowią czarni, a czterdzieści procent – biali). Rozbudowanej biurokracji? Dążenia do ograniczenia i prywatyzacji usług publicznych? Wzajemnych układów między kolesiami za pieniądze ludzi? Czy Flint było wyjątkiem, czy też zapowiedzią amerykańskiej przyszłości jak z Mad Maxa – świata sypiących się dróg, bezrobocia i toksycznej wody?”

Wszystkie te informacje, opinie i żale ludzi LeDuff potrafi zebrać, bowiem jest… LeDuffem. Można być pewnym, że nikt nie skarżyłby się upudrowanemu białemu dziennikarzowi pod krawatem z największej stacji. LeDuff dostaje to, czego szuka, bo wypije z ludźmi drinka, normalnie zagada, przeklnie i prześpi się w marnym, zapluskwionym hotelu.

Media XXI wieku

Warto zwrócić uwagę na coś, co w Shitshow! jest nawet ciekawsze niż obraz patologii Stanów Zjednoczonych. Czyli na obraz samego dziennikarstwa. Książkę rozpoczyna scena, w której LeDuff spotyka się z Rogerem Ailesem2Kariera Ailesa legła w gruzach w 2016 r. po wielokrotnych oskarżeniach o molestowanie seksualne. Odszedł z Fox i zaczął pracę jako doradca w kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa. Zmarł niecały rok później, w 2017 r. Stacja Showtime przygotowuje serial “The Loudest Voice in the Room” opowiadający o upadku Ailesa, w którego wcieli się Russell Crowe. , wówczas wszechwładnym szefem Fox News, by przedstawić swój pomysł reportaży o „amerykańskim życiu od podszewki”. Reporter dostaje jasne wytyczne, by nie tykać niczego, co naraziłoby na szwank reklamodawców Fox, a co za tym idzie dochody samej stacji.

W mediach nie chodzi już bowiem o prawdę i informowanie, ale o pieniądze. Telewizje lubują się w emocjach – interesują je proste materiały, które nie mówią wiele o podłożu zjawisk i ich przyczynach. Ma być krwawo, łzawo i kontrowersyjnie, a że nic z tego nie zostaje na dłuższą metę – kogo to obchodzi? Prestiż zawodu dziennikarskiego upada. Pozostają sny o dawnej potędze i smutna prawda, że:

„Jak to ujął mój stary znajomy po fachu, dzisiejsza branża informacyjna to jak impreza, na którą przychodzisz o pierwszej w nocy i widzisz, że wóda dawno się już skończyła”.

LeDuff wielokrotnie w Shitshow! podkreśla, że płynie poza głównym nurtem mediów. Nie interesuje go nastawione na skandale, wymuskane dziennikarstwo telewizyjne czy coraz bardziej podupadjąca prasa. Jasno pokazuje to, opisując zamieszki w Ferguson39 sierpnia 2014 r. 18-letni czarnoskóry Michael Brown został śmiertelnie postrzelony przez białego policjanta Darrena Wilsona. Czarnoskóra społeczność uznała, że śmierć była wynikiem rasizmu policjanta, co wywołało zamieszki., kiedy zestawia swoją ekipę, filmującą rozruchy z bliska, z ekipami największych stacji telewizyjnych próbujących nakręcić relację ze specjalnie dla nich przygotowanego miejsca w bezpiecznym oddaleniu. Kwintesencją nędzy mediów jest fakt, że cała ekipa LeDuffa korzysta ze spreparowanych przez siebie, fałszywych legitymacji prasowych, z napisem „Press” i fałszywym kodem kreskowym z opakowania po batoniku.

Wiceprezydent u Donalda

W całej opowieści LeDuffa, najpierw delikatnie, a potem z coraz większą intensywnością zaczyna się pojawiać postać Donalda Trumpa. Na początku to taki ktoś, kogo nikt nie traktuje poważnie. Ot, nawet LeDuff zażartował na jednej z pierwszych konferencji w kampanii prezydenckiej, że mógłby zostać jego wiceprezydentem. Śmiechom nie było końca.

Potem jednak LeDuff zaczyna mieć wrażenie, że Trump go śledzi, bowiem pojawia się wszędzie tam, gdzie on i jego ekipa rozmawia z wykluczonymi i upodlonymi Amerykanami. Aż wreszcie przychodzi dzień, w którym zrozumiał, że ten koleś może zostać 45 Prezydentem USA:

„Ale potem Trump powiedział też coś, czego nikt się nie spodziewał po miliarderze z lokajem, który mieszka we własnym, górującym nad centralnym Manhattanem wieżowcu: „Amerykański sen niestety umarł. Ale jeśli wybiorą mnie na prezydenta, to sprawię, że ożyje, jeszcze większy, lepszy i silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej, a my przywrócimy wielkość Ameryce”. „Przywrócimy wielkość Ameryce”. Pomyślałem, że trafił w samo sedno”.

Czarny koń wyborów

Wraz z kolejnymi stronami Shitshow! coraz więcej rozmówców LeDuffa przyznaje, że zagłosuje na Trumpa. Ludzie nie są ślepi, widzą, kim on jest, ale myślą tak jak Kevin Carey z Garbutt w stanie Nowy Jork:

„Największym problemem w Ameryce był brak bezpieczeństwa gospodarczego. To byli zwyczajni, nudni biali faceci, tacy jak Carey, który próbuje jakoś sobie radzić, wychować dzieciaka na ludzi i odłożyć coś na emeryturę. Ludzie tacy jak Carey uważali, że trzy zaangażowane strony – Bushowie, Clintonowie i media – dawno ich sprzedały. Dlaczego więc nie dać szansy bombastycznemu miliarderowi, nawet jeśli to kumpel z Goldman Sachs? Co mają do stracenia?”

Brzmi trochę znajomo, prawda? LeDuff ma smykałkę do wyciągania z ludzi takich słów. Nie wymądrza się, ale jedzie do Garbutt i pukając od drzwi do drzwi znajduje Kevina, któremu pokazuje wielkomiejską gazetę z szyderczym artykułem o Mike’u z Garbutt, czyli o takim naszym Januszu z [tu wstaw czytelniku dowolne miasto którym pogardzasz]. Nie trzeba wtedy pytać. Wystarczy dać Kevinowi mówić. Dzięki temu w noc ostatnich wyborów prezydenckich LeDuffowi obca była panika wszystkich głównych mediów, z niejaką satysfakcją obserwował, jak

„Z każdą kolejną godziną na twarzach prowadzących i komentatorów malowała się coraz większa groza. Docierało do nich, że kraj, o którym dyskutowali w swoich relacjach, istniał tylko w ich wyobraźni, a ten prawdziwy jest zupełnie inny”.

Charlie w Europie

Justyna Sobolewska z Polityki przeprowadziła z LeDuffem wywiad, w którym przyznał, że Detroit Shitshow! powinny się domknąć jako trylogia. I że ostatni jej tom będzie o Europie. Nie możemy się doczekać. Głosów krytyki i naśmiewania się z „buraka, który nic nie wie o Europie” będzie jeszcze więcej, ale cały jego narcyzm coś nam może powie o nas samych.

Tymczasem pilnujcie się, bo możecie go spotkać gdzieś w Polsce, a z pewnością dzisiaj, 24 maja, w Poznaniu podczas spotkania, które poprowadzi Karolina Sulej. Start: godz. 18:00, miejsce: Empik Plac Wolności, ul. Ratajczaka 44.

A jeśli Wam za daleko, to polecamy obejrzeć spotkanie z Charliem LeDuffem prowadzone przez Jakuba Żulczyka, które odbyło się podczas Festiwalu Apostrof.

Ania, @PoProstuAniaPiotr, @P_e_t_ar

Charlie LeDuff, Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje, Wydawnictwo Czarne, 2019.

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Spread the love