Thomas Orchowski „Rzeź na Tarlabaşi. Opowieść o nowej Turcji”

Gdy pierwszy raz usłyszałem o planach wydania „Rzezi na Tarlabaşi”, mój mózg automatycznie wpadł w koleiny wytyczone polityczną młócką dnia powszedniego i pomyślałem, że oto zapewne dostaniemy mniej lub bardziej prawdziwy zbiór analogii między dzisiejszą polityką nad Bosforem i nad Wisłą. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca, a mój mózg ze swoimi pierwszymi analogiami został jak anegdotyczny Himilsbach z angielskim.

Czytając debiutancką książkę Thomasa Orchowskiego przypominałem sobie „Zabójcę z miasta moreli” Witolda Szabłowskiego. Żaden to jednak zarzut, bowiem obie pozycje są świetne. Orchowski w swoim opisie poszedł jednak dalej, pozwalając zrozumieć, że Turcja to nie tylko pokłosie tego, że – trywializując – kiedyś było Imperium Osmańskie, potem zeświecczenie w wykonaniu Atatürka, a teraz znów muzułmanie wracają do gry. Rzeczywistość – na szczęście dla czytelnika – jest daleko bardziej skomplikowana.  

Zaczyna się od rzeczy dla większości zapewne nieoczywistej, bowiem oto okazuje się, że Turcja to nie jakiś tam daleki kraj, w którym od zawsze żyją tylko i wyłącznie muzułmanie. Autor kreśli historię czasów, gdy na życie społeczne i polityczne kraju silnie wpływały mniejszości, a przede wszystkim Grecy, Ormianie i Żydzi. Historia niestety skupia się głównie na tym, jak po przebudzeniu duchów nacjonalizmu i obaleniu sułtana zaczyna się „odzyskiwanie” kolejnych sfer społecznych dla wyłącznego władztwa Turków, którzy na ten przykład

nie wiedzieli, jak prowadzi się apteki, jak wytwarza się leki. Dlatego rząd umieścił najpierw przy aptekarzach Turków, żeby się uczyli. Po jakimś czasie wprowadzono loterię, w której wybierano jedną aptekę mogącą funkcjonować w dzielnicy. I, oczywiście całkowitym zbiegiem okoliczności, przedstawiciele mniejszości te losowania zawsze przegrywali – mówi z ironią w głosie Mihail. Tak Turcy przejęli rynek farmaceutyczny. Grecy, Ormianie i Żydzi prowadzili też kancelarie prawnicze – kontynuuje – rząd wprowadził prawo, że musi z nimi pracować jakiś Turek. I to on chodził do sądu, reprezentował klientów, choć to przedstawiciele mniejszości odwalali za niego całą brudną robotę. Tak Turcy „wykształcili” swoich prawników.

Przemocy prawnej i organizacyjnej zaczyna niestety towarzyszyć przemoc fizyczna. Najjaskrawiej widać to w przypadku pogromów antysemickich, bo przecież

„Żydzi byli bogaci, Żydzi wyzyskiwali muzułmanów” –„tłumaczenie” antysemityzmu w Turcji niewiele się wtedy różni od tego w Europie lat trzydziestych.

Dziś Turcja mniej lub bardziej odchodzi od modelu wdrożonego przez Atatürka, ale nie oznacza to, że znów znalazło się miejsce dla mniejszości. Brak zrozumienia dla nich nie jest przecież niczym odmiennym od reszty Europy. Różnić się mogą co najwyżej podstawy, bo np. w Turcji „nowa forma antysemityzmu szła w parze z islamską radykalizacją”. Obcy pozostaje obcym; tak samo nad Bosforem jak i nad Sekwaną czy Wisłą. Doskonale to widać choćby w rozdziale o Kurdach, największym narodzie bez własnego państwa, których zwalczała każda władza w Ankarze czy Stambule, bez względu na ideologiczne umocowanie.

Historyczne wprowadzenie pozwala lepiej zrozumieć elementy układanki, jaką są kolejne rozdziały książki, pokazujące coraz to inne aspekty życia w dzisiejszej Turcji, które autor wybrał dla nas. Odnoszę wrażenie, że Thomas Orchowski z premedytacją obchodzi dużym łukiem wszystko to, czego średnio orientujący się w sprawach dzisiejszego świata czytelnik jest w stanie dowiedzieć się o tym kraju z mediów. I ze wszech miar doceniam taki zabieg, bowiem jest całe mnóstwo płaszczyzn, dzięki którym możemy poznać Turcję. Dostajemy więc poruszający rozdział „Tato” znaczy „kąpiel” o życiu transseksualnych prostytutek tureckich, który przekształca się w opowieść o tureckiej seksualności w ogóle i walce z nią rządowych i religijnych konserwatystów.

Idąc dalej – świetny rozdział Turecki sen zaczyna się opisem tureckiego kina, by poprzez np. opowieść o Kadirze Nurmanie – twórcy döner kebaba, doprowadzić nas do opisu życia tureckich gastarbeiterów w Niemczech, do analizy ich stosunku do demokracji i problemu integracji mniejszości w ogóle.

Opowieść z kolei o Latife Hanim, żonie Atatürka, jest punktem wyjścia dla opisu sytuacji kobiet w Turcji. Potem autor wypływa na szersze wody, analizując rewolucję społeczną Ojca Turków, to jak bardzo jej efekty oddziaływają na dzisiejsze społeczeństwo i jak wielu chce ten model przynajmniej znacząco zmienić, jeśli nie obalić.

To tylko część z wątków zawartych w „Rzezi”. Ale już te przykłady pokazują doskonale to, co najbardziej cenię w książce Orchowskiego – że nie zarzucił nas od pierwszych stron rozbuchanymi obrazami, po których nie zostałoby już nic więcej do analizy i poznania. Daje nam ma za to malutkie elementy na zachętę, a potem powoli odsuwa kolejne przesłony, żebyśmy przechodząc do kolejnych elementów układanki, sami sobie zbudowali odpowiedni obraz dzisiejszej Turcji. Słowem – zmusza nas do myślenia, a osobiście bardzo lubię książki, których od początku nie potrafię sklasyfikować i nie wiem, co mam o nich myśleć, kiedy wszystko powoli układa się w głowie dopiero w miarę lektury.

Na sam (prawie) koniec najlepszy zabieg autora – nazwisko Recepa Tayyipa Erdoğana, a w zasadzie jego brak. Postać Prezydenta pojawia się dopiero w drugiej, bardziej politycznej części książki, szczególnie przy opisie ostatniego, nieudanego puczu wojskowych i portrecie jego dawnego mentora, a dziś arcywroga – Fethullaha Gülena. Nazwisko pojawia się zaś tylko raz – w przedostatnim zdaniu książki. Taki zabieg w świetny sposób obala płyciznę medialnego sposobu opowiadania dziś o Turcji, gdzie wszystko zaczyna i kończy się na Erdoğanie, który jest już bardziej figurą czarnego charakteru niż realnym bytem, pomijając wszystkie te aspekty, o których dowiadujemy się chociażby z tej książki.

Na zupełny zaś koniec widzimy, że wszystkie obrazy narysowane tą książką prowadzą do ulubionego przez wszystkich chyba despotów świata typu narracji:

„Turcja nie jest nowoczesna? – pytał zdziwiony Prezydent na ulicy kobietę, która nie zgadzała się z jego wizją świata.– Czego pani brakuje? Dobrych dróg, nowych mostów, szybkich pociągów?”. Wyrazem nowoczesności w tej wizji nie są prawa człowieka, równouprawnienie czy demokracja jako taka. Nie są też czyste powietrze lub drzewa. Wielkie i widoczne gołym okiem – oto Nowa Turcja.

Zupełnie jakby Prezydent słuchał mantry dobrzej znanej nad Wisłą:

Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież tyle pieniędzy
Wolność. Po co wam wolność?
I będziecie ich mieć coraz więcej […]
Wolność. Po co wam wolność?
Z każdej wystawy dobrobyt tryska.
Wolność. Po co wam wolność?
Macie przecież chleb i igrzyska.

Brzmi prawie tak samo, prawda? I mogłoby to zaśpiewać wielu artystów z mnóstwa krajów. Nie tylko Kazik Staszewski z Kultem.

Piotr, @P_e_t_ar

Thomas Orchowski, Rzeź na Tarlabaşi. Opowieść o nowej Turcji, wydawnictwo Agora

Oceń ten wpis!