Weronika Gogola, „Po trochu”

Redaktor Sobolewska na łamach „Polityki” dzielnie prowadzi krucjatę o przywrócenie opowiadaniom należnego im miejsca w świecie literatury, co jest misją raczej straceńczą w czasach triumfu powieści, a przede wszystkim gatunkowych hybryd wszelakich, da się jednak i u nas zauważyć pewien renesans opowiadania jako takiego, choć trzeba przyznać: rzadko w formie kanonicznej. Sokoły noweli to widocznie zbyt cenne ptaki, by przetrwać w naszej epoce schyłkowego kapitalizmu i preferowane są raczej teksty niezbyt ortodoksyjne formalnie, za to mocno autobiograficzne albo przynajmniej stylizowane na takie.

Także „Po trochu” Weroniki Gogoli niekoniecznie jest zbiorem opowiadań, można by równie dobrze omawiane dziełko określić mianem powieści albo prozy autobiograficznej rozpisanej na dwanaście (jedenaście) rozdziałów. No właśnie: autobiograficznej czy tylko na taką stylizowanej? Nie wiem i nie muszę wiedzieć, bo jasno określona gatunkowa przynależność nie zmienia ani odbioru, ani oceny tej książki. Gogola opisuje dzieciństwo we wsi nieopodal Nowego Sącza (choć może bliżej jest do Tarnowa), co też nie jest jakąś szczególną nowością, dopóki sobie czytelnik nie uświadomi, że przedszkolaki bawią się tu klockami Lego, a z prezentów od dziadków preferują przede wszystkim kinder niespodzianki. Jak ten czas za… leci! Gogola opisuje więc lata 90. z wysokości jednego metra, i to dziewczęcego jednego metra, i jest to rzeczywistość tyleż nostalgiczna, co brutalna, bo takie też jest dzieciństwo, z jego wielkimi odkryciami i strasznymi porażkami. W tle mamy obraz transformacji, po prawdzie o wiele mniej czarny niż się spodziewałem, choć nie brakuje tu „małych” dramatów.

Czyta się doskonale, ale jakiejś wielkiej oryginalności długo nie sposób doświadczyć. Ot, bardzo fajny debiut, z kilkoma pytaniami o przyszłość, może nawet nie tylko literacką, autorki. I wtedy, choć nie tak nagle nawet, „Po trochu” zmienia wydźwięk, poszczególne opowiadania (rozdziały?) zyskują na twardości, krystalizuje się ich forma, a środek ciężkości zostaje przeniesiony z dzieciństwa na przemijanie. Wsi i jej społeczności, pamięci i jej zasobów, ale przede wszystkim na fizyczne, biologiczne przemijanie opisanych wcześniej bohaterów. Można się krzywić, że „majestat śmierci” to zagranie nadużywane, zbyt często wykorzystywane w niezbyt miłych celach także na polu literatury, ale w w tym wypadku te opowiadania – i zawarte w nich rodzinne historie – rzeczywiście zyskują na jakości i emocjach.

Jest to więc zbiorek niepozbawiony debiutanckich wad (powolny start, nie zawsze odkrywcza zawartość), ale zarazem pod wieloma względami obiecujący. I nawet jeśli opublikowany „po znajomości” – Gogola jest także tłumaczką słowackich utworów wydawanych przez Książkowe Klimaty, to czekam na więcej. Książek tej autorki, ale i polskich autorów w katalogu Klimatów.

Weronika Gogola, Po trochu, Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Adam, @naTTjuzbylo

3 (60%) 2 votes