Żywnościowa apokalipsa. “Władcy jedzenia” Stefano Libertiego

Sięgając po Władców jedzenia sądziłem, że Stefano Liberti zapewne zajął się wieprzowiną, soją, tuńczykiem i pomidorami w sposób, który zachęci do rezygnacji z tych produktów. Niestety jest jeszcze gorzej. Całościowy obraz przemysłu spożywczego, który wyłania się z reportażu Władcy jedzenia, każe nam zrezygnować z całego jedzenia tego świata i przejść na czystą energię wszechświata, którą “żywił się” niegdyś pewien gwiazdor muzyki niewysokich lotów. Gdyby to tylko było możliwe…

Globalne przykłady

Liberti nie wybrał czterech rodzajów jedzenia przypadkowo. Wieprzowina to oczywiście najczęściej globalnie spożywane mięso, soja – najpopularniejsza roślina strączkowa, tuńczyk – drugi (po krewetkach) produkt najczęściej wyławiany z mórz i oceanów, a pomidor to najpopularniejsze na świecie warzywo. Nie popularność była jednak decydująca przy ich wyborze jako wątpliwych bohaterów książki. Zasięg i sposób „produkcji” naszych czterech „bohaterów” pozwalają prześledzić globalne mechanizmy produkcji żywności. Degradujący wpływ tejże produkcji na środowisko, na naszą dietę i co chyba najgorsze – zupełną nielogiczność globalnego przemysłu spożywczego. 

Świńska sprawa

"Władcy jedzenia" Stefano Libertiego - okładkaPotrafię sięgnąć pamięcią do czasów, gdy mięso było towarem luksusowym i trudno dostępnym. Rozumiem więc nabożny czasami stosunek do niego w pokoleniach 50+. Podobny mechanizm, oczywiście w niebotycznej skali, obserwujemy w Chinach. Spożycie wieprzowiny jest tam symbolem wysokiego statusu, co łatwo znajduje odzwierciedlenie w liczbach, bowiem 

w tym kraju żyje połowa świń zamieszkujących planetę. Najostrożniejsze szacunki mówią o mniej więcej 700 milionach sztuk, które w przeliczeniu na 1,3 miliarda ludzi dają ponad jedną świnię na dwóch mieszkańców.

Nie wyobrażajcie sobie jednak, że te niecałe półtora miliarda świń na całym świecie jest hodowanych w małych chlewikach, na może nieco ubłoconym i co najwyżej śmierdzącym gnojówką łonie natury. Siłą książki Libertiego jest pokazanie, że cała światowa produkcja żywności to proces przypominający bardziej fabryki z opisów Reymonta, niż sielskie obrazki wiejskich gospodarstw. 

Świat wieprzowiny to np. chiński specjalny Urząd do spraw Integracji Pionowej, którego głównym zadaniem jest dbanie o niezakłócone działanie 

CAFO (Concentrated Animal Feeding Operations), czyli modelu skoncentrowanego karmienia zwierząt – hodowli na skalę przemysłową, której celem jest wyprodukowanie jak największej ilości mięsa w możliwie najkrótszym czasie.

Produkcja wieprzowiny to więc proces scentralizowany i pod ścisłą państwową kontrolą. Wydaje się, że żadne pęto kiełbasy i plaster boczku nie mogą trafić na stół w chińskiej kuchni lub na eksport bez wiedzy władz. Z kolei brazylijski region Mato Grosso nie ma już wiele wspólnego z dziewiczą przyrodą Ameryki Południowej, lecz jest niekończącym się polem soi, wytworzonym przez człowieka wbrew naturze, gdy 

w połowie lat dziewięćdziesiątych w regionie wysypano miliony ton sproszkowanego wapna, które miało odkwasić glebę. Następnie na drodze eksperymentów i tworzenia krzyżówek wyhodowano odmianę soi podatną na uprawę w klimacie tropikalnym. Ten gigantyczny trud sprawił, że w ciągu kilku lat Mato Grosso stało się jednym z najważniejszych na świecie producentów soi.

Nie będę już opisywał statków rabunkowo łowiących tuńczyka przy wybrzeżach Afryki czy też bezkresnych pól w południowych Włoszech, z których współcześni niewolnicy zbierają pomidory. Książkę trzeba przeczytać, by dowiedzieć się co i jakim kosztem wytworzone, spożywamy w większości posiłków. W każdym razie od kiedy przeczytałem Władców jedzenia nie potrafię zjeść ulubionego makaronu z tuńczykiem i sosem pomidorowym. 

Finansowa szarańcza

Liberti dość precyzyjnie pokazuje nam czarny charakter swojej opowieści. To nie jest tak, że w Chinach są genialne warunki do hodowli świń, a lęgnące się bez opamiętania tuńczyki same wskakują na pokład statków u wybrzeży Dakaru. Za wszystkim stoi pieniądz. Nie ten rozumiany jako godziwy zarobek hodowców zwierząt i roślin, lecz jako zwielokrotniany bez umiaru zysk grup finansowych, które od ponad dekady szukają nowych zysków, od kiedy

kryzys na Wall Street przesunął miliardy dolarów kapitału finansowego z klasycznego rynku giełdowego w stronę pewniejszych bezpiecznych przystani, takich właśnie jak żywność.

Dla wszystkich czterech “bohaterów” reportażu Władcy jedzenia istnieje bowiem wspólny mechanizm. Produkcja żywności zaczyna się stawać doskonałym biznesem, więc – nomen omen – apetyt producentów nie maleje. Chcą zarobić jeszcze więcej, więc, raczej prędzej niż później, zaczynają się nimi interesować poważne grupy finansowe, poszukujące zysku gdzie tylko się da. Liberti konsekwentnie nazywa je przedsiębiorstwami-szarańczami, które pragną tylko i wyłącznie własnego nasycenia, bez oglądania się na konsekwencje. 

Pół biedy, gdy to miało na celu wyłącznie maksymalizację zysku. Niezauważalnie niestety przekraczamy punkt, w którym to ogon zaczyna machać psem – to już nie my decydujemy tak naprawdę, jaką żywność chcemy kupić i zjeść, bowiem 

problem polega na tym – i to właśnie dzieje się na naszych oczach – że ruch ufinansowienia rynku spożywczego idzie w parze z powstawaniem wielkich grup, które w ostatecznym kształcie działają na zasadzie monopolu lub – w najlepszym wypadku– oligopolu, żeby wpływać na upodobania konsumentów. Tym ostatnim nie pozostanie więc nic innego, jak tylko podążać za trendami wyznaczonymi przez nowe przedsiębiorstwa-szarańcze, dla których liczy się tylko szybki zysk i które pomnażają swoje dochody, oferując tanie jedzenie marnej jakości.

Wbrew logice

Przedsiębiorstwa-szarańcze zaczynają stawiać na głowie całą światową produkcję. Naturalne miejsca upraw i hodowli oraz łańcuchy dostaw zaczynają tracić na znaczeniu, a ich miejsce zajmują procesy zupełnie pozbawione logiki. Liberti dowodzi tego bardzo łatwo na przykładach wspomnianych już świń i soi. Otóż Chiny hodują połowę świń na świecie, choć dysponują zaledwie 7% ziem uprawnych i 6% zasobów wodnych. Z tych zasobów muszą po pierwsze wyżywić 1,4 mld osób, czyli 19,1% populacji światowej. Okazuje się więc, że tych 7% ziem brakuje już na uprawę soi, stanowiącej podstawę wyżywienia świń. Płynie więc ona przez ocean z Mato Grosso, by wyżywić zwierzęta w Chinach, które potem i tak w sporej części eksportowane są w szeroki świat. 

Gdyby konsekwencją tych zmian były tylko zmiany miejsc upraw, to można byłoby jeszcze przymknąć oko. Niestety człowiek, w imię zysków, dokonuje zmian społecznych i środowiskowych na niewyobrażalną skalę. Wielkie plantacje w Mato Grosso powstały po brutalnej ingerencji w przyrodę i na tym nie poprzestały, bo taka właśnie 

produkcja soi prowadzi do koncentracji własności rolnej – lub jej nadmiernej eksploatacji – która wiąże się z pozbawieniem drobnych producentów należących do nich gruntów. Co za tym idzie – proces prowadzi więc do antropologicznych i morfologicznych zmian wsi. Ośrodki wiejskie są narażone na standaryzację i postępujące zubożenie stosunków społecznych.

To samo jest skutkiem działań wspomnianego już Urzędu do spraw Integracji Pionowej, przez który 

odgórnie sterowany proces koncentracji i racjonalizacji produkcji rolnej dotknął znaczną część chińskiej ludności wiejskiej, zmuszając ją do migracji do miast. Przez ostatnie dwadzieścia lat wsie porzuciło i przeprowadziło się do ośrodków miejskich 250 milionów rolników.

To oczywiście nie wszystkie przykłady. Lektura Władców jedzenia pozostawia w głowie np. obrazy drobnych rybaków z Dakaru, którym zmniejszająca się populacja ryb nie pozwala utrzymać się przy życiu, czy też widziane z samolotu olbrzymie baseny pełne świńskich odchodów, które zatruwają gleby i wody środkowych Stanów Zjednoczonych. 

Pogoń za zyskiem odebrała więc zdolność logicznego myślenia. Ostatni wielki kryzys sprzed ponad dekady przyniósł „tylko” katastrofę finansową i na rynku nieruchomości. Ten nowy, który do nas dotrze, gdy przetrzebimy ławice tuńczyka i zatkamy się świńskimi odchodami, da nam jeszcze katastrofę naturalną. Trudno jednak liczyć na opamiętanie, skoro dziś płoną lasy Amazonii i Syberii, a i tak niewiele robimy. Dopóki kiełbaska trafiać będzie na grilla, dopóty nikt się nie zastanowi nad ubocznymi efektami jej produkcji.

Nasza chata z kraja 

W miarę lektury może się pojawiać kusząca myśl, że przecież nad Wisłą świnie sobie sami hodujemy, pomidory też, ryby mamy w Bałtyku, a soi niewiele nam potrzeba. W związku z tym można się nie przejmować. Nic bardziej mylnego. Gdy będziecie już czytać fragment reportażu Libertiego o tym, dlaczego mieszkańcy środkowych Stanów Zjednoczonych nie mogą wieczorami otworzyć okien i posiedzieć na gankach swoich domów, to sięgnijcie po smartfona lub laptopa i sprawdźcie na stronach Sejmu RP losy projektu Ustawy o zmianie ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko oraz niektórych innych ustaw.

Nie musicie się męczyć, pomogę Wam – jeśli mieszkacie choćby 101 metrów od granicy działki, na której ktoś chce zbudować ubojnię, czy też wielkie hale dla świń, to nie będziecie mieli prawa tego oprotestować. A jeśli liczycie, że nie będzie Wam śmierdzieć, bo jakimś cudem wegetarianizm zbawi świat i nikt nie będzie na sąsiedniej działce chciał hodować świń, to znów pudło – w 2018 roku każdy z nas zjadł średnio 76,9 kg mięsa, o 6,8 kg więcej niż w roku 2017.

Smacznego.

Piotr, @P_e_t_ar

Stefano Liberti, Władcy jedzenia Jak przemysł spożywczy niszczy planetę, przeł. Ewa Nicewicz-Staszowska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019

Jeśli znajdziesz błąd w tekście, daj nam znać! Po prostu zaznacz ten fragment tekstu i wciśnij Ctrl+Enter.

Podziel się z innymi