ok 6 minut zajmie Ci przeczytanie tego tekstuWojciech Jagielski, Na wschód od zachodu

Wojciech Jagielski wraca, by zabrać nas jeszcze dalej niż zazwyczaj, bo tym razem do Indii. Stosuje znany nam już zabieg, by poprzez losy nie możnych tego świata, ale tzw. zwykłego człowieka pokazać nam świat i jego złożoność.

No dobrze, w Trębaczu z Tembisy mieliśmy postać Nelsona Mandeli, ale głównym bohaterem można tam określić Freddiego Maake, twórcę wuwuzeli. We „Wszystkich wojnach Lary” zaś sytuacja była oczywista, bowiem podążaliśmy wyłącznie za życiem i tragedią tytułowej Lary.

Tym razem, w Na wschód od zachodu poznajemy poszukiwanie absolutu w wykonaniu Świętego – dziś już ponad 70 letniego Holendra i około 50 letniej Kamal, kiedyś Kamili z Warszawy. Oboje wybierając życie hipisów różnymi drogami i w różnych czasach ruszają do Indii, by znaleźć coś nieuchwytnego, co można sprowadzić do mianownika opisanego słowem „szczęście”.

Zasadniczo mam z tą książką jeden problem, trochę poza nurtem opowieści. Otóż dedykacja Wojciecha Jagielskiego na początku i strona redakcyjna jasno wskazują, że trzeci rozdział – historię Kamal i jej syna – spisała Grażyna Jagielska. Część ta jest inna, opowieść jest gęstsza, zawiera więcej przemyśleń i opisów niż te pióra Wojciecha Jagielskiego. Nie mamy do czynienia z podziałem na lepsze i gorsze części. Są inne, tak jak inni są ich autorzy. Nie dopatruję się drugiego dna, nie próbuję imaginować sobie relacji autorów z wydawcą, czy też broń Boże samych państwa Jagielskich. Wierzę, że taka była wspólna i zadowalająca wszystkich decyzja, tym bardziej że pan Wojciech w wywiadach podkreśla, że pani Grażyna nie chciała być uznana oficjalnie za współautora. Osobiście jednak czułbym większe zadowolenie, gdyby na okładce widniały litery układające się w napis „Grażyna i Wojciech Jagielscy”. I wtedy do twitterowego hasztagu #readlist2018pl spokojnie dodałbym ten kolejny:#czytamyautorki.

Wracając do samego reportażu muszę stwierdzić, że ma on w sobie to, co w tym gatunku cenię najbardziej, czyli brak prostych recept i odpowiedzi. Punkt wyjścia jest niby prosty, czyli opowieści o ludziach, którzy nie potrafili się odnaleźć w świecie, który ich otaczał. Hipisach którym nie wystarczała kontestacja świata na miejscu. Święty dusił się w rodzinie zarządzanej przez ojca zmęczonego wieloletnią tułaczką i średnio udanymi interesami, a Kamila w niby bezstresowym i bogatym życiu zorganizowanym przez matkę, gwiazdę mediów i korespondentkę szanowanej brytyjskiej gazety w komunistycznej Polsce. Pojawia się więc pytanie, „jak to jest żyć po swojemu? Co się czuje, nie stając do wyścigu, w którym udział uważany jest za święty obowiązek, choćby dlatego że wszyscy inni w nim uczestniczą? Jak to jest, nie stawić się na linię startową albo pobiec nie z resztą rywali, ale własną trasą, w swoim tempie?”. Najlepszym i najłatwiejszym remedium na to wydaje się być może nie tyle ucieczka, co wyruszenie w podróż. Najlepiej gdzieś daleko, może tam gdzie Rewolucja Dzieci – Kwiatów zaprowadziła niezliczone ich masy. Do Indii. W końcu wylądowali tam nawet sami  Beatlesi.

Potem jednak zaczyna się wędrówka i – cytując Wieniawę-Długoszowskiego – zaczynają się schody i to nie tylko rozumiane wprost jako trudności z wizami, pogranicznikami czy komunistyczną milicją na Bałkanach. Wędrówka zaczyna rodzić pytania o jej sens i intensywność. Pojawia się zmęczenie, znużenie i myśli, że może już wcześniej odnalazło się sens, jak choćby w baśniowym Stambule, który nagle okazuje się nie tylko bramą do Orientu, ale samym Orientem. Pokusy zostają jednak zwalczone, a podróż trwa dalej. Możliwa także dzięki pokątnemu handlowi wszelakim dobrem, którego na wschodzie brakuje, a w jaki zachód opływa. W drugą zaś stronę płyną narkotyki – wtedy traktowane trochę jak nieszkodliwa używka, a możliwe do przemycania w sposób, który dzisiejszym społeczeństwom po 9/11 wydaje się niebywały.

Po Stambule, potem Iranie, Pakistanie, Afganistanie wreszcie dociera się do krainy oczekiwanej szczęśliwości, a w zasadzie to po rzeczonych schodach docieramy do kolejnego piętra problemów i zwątpień. Zaczyna się poszukiwanie tego, po co się przyjechało, tej mitycznej zgody ze sobą samym. I te zmagania – przynajmniej w przypadku Świętego – możemy obserwować nie tylko dzięki jego opowieściom, ale także dzięki samemu Wojciechowi Jagielskiemu, który spędza z nim całe dnie w knajpie w odciętym od świata przez rozruchy Dehli, delikatnie wypytując i kierując rozmowę na historię życia Świętego. Drogę Kamal podaje nam zaś Grażyna Jagielska i robi to w sposób, który daje wrażenie, że weszliśmy do głowy i serca samej bohaterki. Do oceny każdego czytelnika pozostaje, czy jego zdaniem obaj bohaterowie odnaleźli spokój.

Dla samego obrazu opowieści, umiejscowienia bohaterów w świecie dzisiejszych Indii i oceny efektów ich wędrówki kapitalne znaczenie ma również cichy bohater tej opowieści – Kulwant Singh, właściciel niezbyt wyszukanego hotelu „Viraat”, który swoją złością wylewaną na świat, hipisów, polityków i co tam jeszcze dusza zapragnie, daje nam najlepszy chyba opis świata, do którego dotarli hipisi.

Do którego dotarli i który bezpowrotnie zmienili. Wysłali bowiem niechcący w świat wieści sławiące miejsca, które zaczęły teraz przyciągać masy gości ze świata, a przez to na przestrzeni ich indyjskiego życia upodobniły się do tysięcy rozsianych po świecie kurortów nastawionych na masowego turystę i opływających w konsumpcję. Święty długo nie potrafi opowiedzieć o tym, co go wypchnęło z Goa – jego raju na ziemi, a Kamal prowadzi beznadziejną walkę o odgrodzenie syna od wątpliwych zdobyczy cywilizacji, od których uciekła, a o których marzy większość Hindusów. I tu docieramy schodami jeszcze wyżej, bowiem okazuje się, że ucieczka nie potrafi uwolnić od niespełnionego uczucia, czy też okiełznać dziecięcej ciekawości świata, czyli rzeczy które wyznaczają rytm każdego śmiertelnika, który nie uciekł od zgniłego zachodu.

Pomimo tego wszystkiego książka nie pozostawia poczucia, że bohaterowie ponieśli klęskę. Wybrali wszak wędrówkę i byli w niej konsekwentni, dotarli do celu i ułożyli sobie życie mniej lub bardziej zgodne z wyobrażeniami. Wynosimy jednak z tego potwierdzenie jakże wyświechtanej ale wciąż aktualnej prawdy, że to nie cel ma znaczenie, a sama podróż. Tak jak u Świętego który lepiej potrafił opisać wszystkie drogi, które zawiodły go na Goa niż samo to, czego tam doświadczył.

Z boku tego wszystkiego pozostaje autor. I ku mojej radości we właściwym sobie i znanym z poprzednich dzieł stylu daje nam przerwy i wytchnienia w opisach hipisowskiej odysei pisząc znów o Afganistanie, Iranie i o samych Indiach. I pisząc o tym w sposób pozwalający pomarzyć, że każdy z nas może się kiedyś wybrać w daleką podróż.

Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu, wydawnictwo Znak

Piotr, @p_e_t_ar

5 (100%) 4 votes