Jacek Leociak, „Młyny boże. Zapiski o Kościele i Zagładzie”

W głośnym, rozliczeniowym „Transferze!” Jana Klaty jeden z (niemieckich) bohaterów mówi: „Żyd” brzmi dla mnie inaczej niż „Duńczyk”, a „Polak” inaczej niż „Islandczyk”. Wciąż noszę w sobie cząstkę ówczesnych nastrojów, nawet dziś. Naturalnie, mówiąc metaforycznie, nikt nie urodził się wczoraj, nie trzeba być Niemcem żyjącym w Trzeciej Rzeszy, by to kłopotliwe słówko na „ż” brzmiało dla nas inaczej niż nazwy innych narodowości, jakoś podskórnie oskarżycielsko, tak że najlepiej w ogóle go nie używać, a jeśli już, to wypowiadać ściszonym głosem. Klata jest artystą, więc poprzestaje na niedomówieniach. Badacze Zagłady jednak, przede wszystkim historycy, ale też na przykład literaturoznawcy, wybierają najczęściej jedną z dwóch dostępnych strategii, bądź to dociekając przyczyn takiego stanu rzeczy, bądź — rzadziej — poprzestając na samym okazaniu. Dziś będzie o książce, która nie zajmuje się przyczynami, lecz jest okazaniem.

Jacek Leociak (ur. 1957), autor „Młynów bożych. Zapisków o Kościele i Zagładzie”, jest literaturoznawcą i historykiem literatury oraz, jak czytamy na płaszczyźnie tylnej obwoluty książki, kierownikiem Zakładu Badań nad Literaturą Zagłady w Instytucie Badań Literackich PAN, członkiem założycielem Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, redaktorem rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. „Młyny…” nie są jednak pracą sensu stricto naukową, lecz raczej publicystyczną, co zresztą Leociak uczciwie przyznaje [17[1]], jak gdyby — nauczony przykładem histerycznych reakcji na książki Jana Tomasza Grossa (choćby „Sąsiadów: Historii zagłady żydowskiego miasteczka” oraz „Złotych żniw. Rzeczy o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”) — już na początku pragnął się zabezpieczyć przed oskarżeniami o brak obiektywizmu i ostrość sądów (oskarżeń o „polakożerczy antypolonizm” czy szkalowanie dobrego imienia Kościoła rzymskokatolickiego i tak pewnie nie uniknie). Rzeczywiście „Młyny…” przywodzą na myśl raczej bezkompromisowe pióro Grossa niż subtelne, złożone, historyczne analizy, dajmy na to, Timothy’ego Snydera („Czarna Ziemia. Holocaust jako ostrzeżenie”). Leociak nie unika sformułowań ocennych i nie waha się przyznać do poznawczej bezradności czy bezsiły.

Określenie całości mianem „zapisków” pozwala autorowi na swobodę kompozycyjną, tematyczną i chronologiczną. Mamy tu więc do czynienia tak z egzemplifikacjami procesów dehumanizacji [np. 28–32] i wiktymizacji [np. 19–22, 24, 129–130, 165–168] Żydów, wspomnieniem antysemickich ciągot Stanisława Staszica [28–29] i Juliana Ursyna Niemcewicza [30], licznymi nawiązaniami do kontrowersyjnej, milczącej postawy papieża Piusa XII [np. 112–117, 143–146], napomknieniami o koniunkturalizmie Kościoła katolickiego wobec terroru ustaszów [79–81], jak i opisem nadużyć inkwizycji [14–16] czy wreszcie zajęciem stanowiska wobec „holokaustyzacji” aborcji i in vitro [79, 183–188], ponieważ dziś Holokaust retorycznie bardzo się przydaje [79]. Dla mnie szczególnie interesujące było zestawienie, nieoryginalne, bo przywoływane za pierwszym tomem „Zagłady Żydów europejskich” Raula Holberga, kościelnego i nazistowskiego ustawodawstwa antyżydowskiego [26–28] oraz wyimki z „Intencji Apostolstwa Modlitwy na rok 1941”, gdzie nie znajdziemy co prawda modlitwy o pokój, lecz natrafimy na tak ważne — zwłaszcza z perspektywy roku 1941 — intencje, aby szintoiści w Japonii nawrócili się do prawdziwej wiary, abyś podróżującym na morzu i kapelanom morskim błogosławić raczył i, przykład geniuszu z parafii pod wezwaniem nieświętego choć prześwietnego Monty Pythona (intencja na październik 1941), aby naród żydowski się nawrócił [83–84].

Nie ma powodu, by ukrywać, że „Młyny…” stanowią oskarżenie (czy wręcz cały ich szereg), a j’accuse autora wybrzmiewa czysto, donośnie i zdecydowanie. Publicystyczna werwa, często pod postacią albo oburzenia, albo ironii, najlepiej daje o sobie znać właśnie w momentach krytyki konkretnych postaw oraz zachowań. I tak:

Księdza [Stanisława] Trzeciaka, antysemitę, germanofila, kolaboranta i denuncjatora, dosięgła niemiecka kula 8 sierpnia 1944 roku w okolicach placu Teatralnego[2] [108],

Biskup Clemens August hrabia von Galen ostro skrytykował proces norymberski przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym. […] miał tupet twierdzić, że warunki w więzieniach dla niemieckich zbrodniarzy były gorsze od tych, które panowały w nazistowskich obozach [124],

Powołują się jednak [apologeci Piusa XII] na świadectwa przedstawicieli żydowskiej społeczności, którzy Pacellemu [Piusowi XII] są ogromnie wdzięczni za pomoc i za to wszystko, co dla Żydów uczynił w czasie Holokaustu. Nie wiadomo właściwie co, ale wiadomo, że bardzo dużo  [144],

Wracam do pogrzebu Piusa XII jak do pokazu mody kościelnej w „Rzymie” Federica Felliniego. Dzwony Wiecznego Miasta rozkołysały się wtedy nad całym światem, ludzkość wstrzymała oddech, ryby w oceanach wybuchnęły głośnym szlochem, kozice, świstaki, koziorożce alpejskie oniemiały i zapadła grobowa cisza wśród turni [147],

W następnej książce autorka [Ewa Kurek] idzie dużo dalej. Wydawnictwo Wyższej Szkoły Umiejętności w Kielcach opublikowało jej kuriozalny elaborat „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939–1945 (2006). W istocie — trzeba mieć „wyższe umiejętności”, żeby sprokurować coś takiego [166][3].

Jak widać, jest to książka wymierzona nie tylko przeciwko antysemitom i „żydoznawcom”, jak nazywa ich Leociak, lecz także ich hagiografom i apologetom. Z drugiej strony na kartach książki nie brak postaci nie do końca jednoznacznych, choćby prymasa Augusta Hlonda [np. 75–77] czy księży Stanisława Trzeciaka [40–41, 105–106] i Marcelego Godlewskiego [101–102], których w optyce autora nie tłumaczą tak zwane „nastroje epoki”, lecz które [postaci] zawsze są rozpatrywane i oceniane przez pryzmat konkretnych działań, również werbalnych. Wreszcie są i pozytywni bohaterowie, tacy jak Edward i Marta Korczakowie ze wsi Zając w okolicach Węgrowa [90–92], ksiądz Stanisław Cieśliński z Kampinosu [94–96], Margarete Sommer [78, 117–121], biskup Berlina Konrad Graf von Preysing [78], Agnieszka Barbara Dymna, siostra miłosierdzia Agnes [107–109] i biskup częstochowski Teodor Kubina [127–128]. Ten ostatni odważnie i bez ogródek potępił pogrom kielecki oraz jednoznacznie wypowiedział się przeciwko mitowi mordu rytualnego, za co zresztą został skrytykowany przez Konferencję Episkopatu Polski (we wrześniu 1946!), która to szacowna instytucja uznała, iż jego stwierdzenia są niemożliwe do przyjęcia z zasadniczych założeń myślowych i kanonicznych Kościoła katolickiego [128], co zresztą sporo mówi tak o założeniach myślowych, jak i kanonicznych tegoż kościoła.

Skoro już przy chichocie historii jesteśmy, to nie sposób nie wspomnieć o trzech frapujących passusach, zyskujących w dzisiejszych czasach dodatkowy powab. Pozwolę sobie zacytować je i pozostawić bez komentarza, to jest nie wspominać ani o zmyśle politycznym i karkołomnych pomysłach obecnego prezydenta USA, ani o terrorze symbolicznym religiantów, ani o instytucji, do której — niby w akcie (wymuszonej) ekspiacji — mają trafić nagrody pieniężne przyznane polskim ministrom za ich ciężką pracę. Pierwszy:

W Rzymie nazajutrz po opublikowaniu bulli o getcie „natychmiast przystąpili komisarze papiescy do oznaczania ulic, w których wszyscy Żydzi mieli zamieszkać. […] Równocześnie poczęli murarze wznosić wysoki mur dla odgraniczenia kwartału żydowskiego od właściwego miasta. W ciągu dwóch miesięcy wykończono te mury i przedstawiono gminie żydowskiej rachunek kosztów do natychmiastowego wyrównania” — czytamy u Majera Bałabana. Dokładnie według takiego samego schematu postąpili Niemcy w okupowanej Warszawie, nakazując samym Żydom wzniesienie murów wokół przyszłego getta. […] [Tak] samo jak rzymscy Żydzi w XVI wieku, warszawscy Żydzi także mieli za mury zapłacić [25–26].

Drugi:

[Emanuel Ringelblum w „Kronice getta warszawskiego” 23 października 1939 roku zanotował:] „Wszystkich ogarnęło uczucie strasznej niepewności. Nie wiadomo, co przyniesie jutro. Przed kilkoma dniami chrześcijanie wdarli się do [kamienicy] na Żelaznej 43 [49?] i siłą zajęli mieszkania żydowskie. Powiesili krzyż i powiedzieli: «Spróbujcie to ruszyć»”[4] [72].

I trzeci:

Wspomnę tylko o mało znanym przypadku lekarza SS Hansa Eiselego, skazanego na śmierć, ale dzięki zmasowanej akcji Kościoła i Caritasu — „ocalonego”. Karę śmierci zamieniono mu na dożywocie, później na dziesięć lat, a już w 1952 roku Eisele wyszedł na wolność. Kim był ten pupil niemieckiego Kościoła katolickiego? Żarliwym katolikiem, działaczem Stowarzyszenia Miłosierdzia Świętego Wincentego à Paulo, który porzucił Kościół dla Führera i SS. Jako lekarz w Dachau i Buchenwaldzie zabijał do sześćdziesięciu Żydów tygodniowo […] [124].

Tyle.

Żeby jednak nie zostać posądzonym o klakierstwo i sprzyjanie antypolskim siłom, muszę wspomnieć o tym, co mnie w „Młynach…” rozczarowało. Właściwie tylko jedna rzecz, za to dość istotna. Otóż nie do końca rozumiem, dlaczego w początkowych partiach tekstu autor, który innych — najzupełniej słusznie — oskarża o amplifikacje, sam nie potrafi się wystrzec uproszczeń i dość bezrefleksyjnej akceptacji deklaracji religijnych. Na stronie 11 czytamy: Wiem, że Pan Jezus był dobry, miłosierny i uczył nas, żebyśmy byli dobrzy, miłosierni i kochali naszych bliźnich. Aż się ma ochotę zapytać Jacka Leociaka, skąd mianowicie to wie? I którą wersję literacką Jezusa ma na myśli? Czy tę dość naiwną, lecz momentami humanistyczną, z Kazania na Górze (Mt 5, 3–48; Łk 6, 20–42), czy tę raczej odstręczającą, to jest egocentryczną, chimeryczną, sekciarską i histeryczną (np. Mt 6, 25–34; Mt 12, 31–34; J 2, 13–21; Mt 13, 36–43; Łk 14, 26–27)? Krytykując starą praktykę hagiografów, odrzucających kłopotliwy balast plemienności i lokalności, a w ich miejsce kładących nacisk na uniwersalizm, Leociak wydaje się przyjmować analogiczną strategię oddzielania dobrego chrześcijaństwa jako idei od złych postaw chrześcijan, niczym ci, którzy „wierzą w wiarę”, by przywołać sformułowanie Daniela Dennetta. Przywodzi to na myśl zaklinanie rzeczywistości, przyjmowanie za dobrą monetę pustych deklaracji oraz niczym nieuzasadniony lip service wobec tak zwanych „dobrych chrześcijan”[5].

Ponadto, mimo iż od strony technicznej, poza kilkoma drobnymi uchybieniami interpunkcyjnymi, rzecz przedstawia się satysfakcjonująco, to mnie osobiście raziła niekonsekwencja w kwestii zapisu tak ważnych w tym kontekście wyrazów „żydoznawstwo” i „holokaustyzacja” — raz w cudzysłowie [odpowiednio 36 i 79], raz bez [121 i 185]. Z kolei na stronie 36 natrafiamy na nie do końca szczęśliwe sformułowanie: Tadeusz Puder urodził się w rodzinie żydowskiej, po śmierci ojca, w wieku czternastu lat, przeszedł wraz z matką i dwoma braćmi na katolicyzm […]. No i wreszcie chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że Bałka, współczesny artysta, rzeźbiarz i autor instalacji, twórca instalacji wideo „Audi: HBE F144”, ma na imię „Mirosław”, a nie „Mieczysław” [178]. Są to jednak szczegóły nierzutujące na obraz całości, a wspominam o nich tylko z powodu kronikarskiej skrupulatności, zmierzając tymczasem do podsumowania.

W.G. Sebald, autor między innymi zachwycających „Pierścieni Saturna” i „Austerlitz”, twierdził, że literatura stanowić może próbę restytucji. Jacek Leociak z kolei pokazuje, że ambitna publicystyka może być próbą donośnego oskarżenia, nie krzyku, lecz wrzasku o pamięć i przyzwoitość. „Młyny…” to zapiski fragmentaryczne, miejscami emocjonalne, zdecydowanie publicystyczne w formie i treści (jednak podbudowane metodologią historyka). Dzięki temu mają okazję trafić do większej liczby odbiorców niż „Czarna Ziemia” Snydera, o setkach innych opracowań nie wspominając. Jest to twórczość śmiała, poważna i zaangażowana, z jaką w idealnym świecie mielibyśmy do czynienia na każdym kroku (mam na myśli nie konkretne przekonania, lecz ogólny poziom całości). Niestety nie żyjemy w świecie idealnym, toteż zamiast tego na co dzień stykamy się z postacią publicysty, która najczęściej jest czymś pomiędzy karykaturą dziennikarza a hiperbolą abderyty zwykłego prostaka, mruczącego pod nosem nienawistne komentarza. Tym bardziej warto sięgnąć po tę pozycję. Lepiej z mądrym się nie zgodzić, niż z głupim o „parchach” rozprawiać.

Adrian Krysiak, adrian_krysiak[at]wp.pl

Jacek Leociak, Młyny boże. Zapiski o Kościele i Zagładzie, Wydawnictwo Czarne 2018

[1] Liczby w nawiasach kwadratowych wskazują na numery stron w „Młynach bożych” [wszystkie przypisy pochodzą od autora — A.K.].

[2] Por. jednak: Zuzanna Sienkiewiczowa relacjonuje, że siostra Wanda Garczyńska, przełożona klasztoru Niepokalanek przy ulicy Kazimierzowskiej, ukrywała tam kilka żydowskich dziewczynek. Polscy rodzice żądali ich usunięcia. Siostra Garczyńska radziła się w tej sprawie księdza Trzeciaka. Zapytał on, co grozi Żydówkom, jeśli opuszczą klasztor. „Pewna śmierć” — odpowiedziała przełożona. I ten zdeklarowany antysemita, nazywający Hitlera „dobrym pasterzem”, odpowiedział: „Więc siostrze nie wolno się wahać i zastanawiać. Pierwszeństwo tu mają te małe, zagrożone Żydóweczki” [40–41].

[3] Dodatkowo: Według katolickiego pisma „Nasza sprawa” trzeba było bardzo uważać z zakupem bielizny. Na stronach tygodnika reklamuje się „Jedyna w Małopolsce rdzennie chrześcijańska Wytwórnia Bielizny Męskiej […]”. Rdzennie chrześcijańska wytwórnia poleca „koszule popelinowe — sportowe — nocne — pyjamy — bonjourki — kalesony — spodeńki i szarawary gimnastyczne”. Grunt to chodzić w rdzennie chrześcijańskich kalesonach [44] oraz Historycy i publicyści katoliccy są dla namiętnej antyżydowskiej publicystyki księdza [Jana] Piwowarczyka bardzo wyrozumiali. Jeśli już o niej wspominają, mają jedno wytłumaczenie: no tak, niezbyt ładnie to brzmi, ale takie były czasy. Poza tym ksiądz Piwowarczyk nie wiedział wtedy, że wydarzy się Holokaust. To rzeczywiście okoliczność usprawiedliwiająca — nie wiedzieć przed Holokaustem o Holokauście […] [J]estem bardzo ciekawy, w jaki sposób ksiądz Piwowarczyk przyjąłby deklarację „Nostra aetate” uchwaloną sześć lat po jego śmierci. Za życia niewątpliwie o niej nie wiedział  [64].

[4] Abstrahuję tutaj od motywów, które nimi kierowały, a na które Leociak zwraca uwagę.

[5] Choć z drugiej strony potrafi zdobyć się na krytykę poglądów na temat działalności inkwizycji ulubieńca postępowych katolików, uchodzącego za przedstawiciela liberalnego skrzydła w Episkopacie, biskupa Grzegorza Rysia [14–15], wspomnieć o antysemickich poglądach jednego z założycieli „Tygodnika Powszechnego” [59–61], wypomnieć ówczesnemu biskupowi lubelskiemu, Stefanowi Wyszyńskiemu, poproszonemu o potępienie antysemickich wystąpień, że nie wykluczył możliwości używania przez Żydów krwi dzieci chrześcijańskich na macę [127–128], zarzucić papieżowi Benedyktowi XVI, iż wykonywał puste gesty w Auschwitz [176–178], a Janowi Pawłowi II, że szafował terminem „cywilizacja śmierci” [183–188].